Profesor usiadł na wyplatanym krześle pokrytym strzępami zniszczonego dywanu i przyglądał się kramikowi i szewcowi. Na ścianie wybielonej, lecz pełnej głębokich bruzd i szpar, za ramiona krzyża z czarnego drzewa zatknięta była zielona gałązka. Mały Chrystus miedziany, przygwożdżony do tego krzyża, pochylał głowę nad szewcem przygwożdżonym do swego stołka za sklepową ladą, pełną przykrojonych skór i drewnianych kopyt, na których skórkowe krążki znaczyły miejsca, gdzie noga, którą to kopyto wyobrażało, miała bolesny nagniotek.
Mały piecyk żelazny rozgrzany był do czerwoności i czuć było silny zapach skór i kuchni.
— Widzę z przyjemnością — rzekł pan Bergeret — że macie tyle roboty, ile tylko zapragnąć można.
Tu szewc zaczął rozwodzić swe żale. Zmieniły się czasy. Trudno teraz konkurować z obuwiem fabrycznym. Klientela kupuje gotowe obuwie w magazynach urządzonych na sposób paryski.
— Moi klienci umierają — dodał. — Straciłem proboszcza Rieu. Pozostają reperacje i zelówki, ale to niewdzięczna robota.
Pan Bergeret posmutniał, patrząc na tego szewca o gotyckiej twarzy, jak opowiadał swe troski pod małym krucyfiksem. Zapytał go z pewnym wahaniem:
— Syn wasz musi mieć około dwudziestu lat? Co się z nim dzieje?
— Firmin? Pan może słyszał — odrzekł staruszek — że opuścił seminarium, bo nie miał powołania na księdza. Wielebni ojcowie byli tak łaskawi, że zajęli się nim jeszcze po wydaleniu z zakładu. Ksiądz Lantaigne znalazł mu miejsce nauczyciela domowego u pewnego margrabiego w Poitou. Ale rozżalony Firmin odmówił. Jest teraz w Paryżu korepetytorem w jakiejś bursie przy ulicy Św. Jakuba, ale zarabia niewiele.
I szewc dodał smutnie:
— Przydałaby mi się...