Ksiądz Guitrel kłaniał się.
Pan Worms-Clavelin mówił dalej:
— Republika nie toczy regularnej wojny z proboszczami. I gdyby kongregacje poddały się były prawom, uniknęłoby się wielu przykrości.
Ksiądz Guitrel protestował:
— Tu jest kwestia prawna. Rozstrzygnąłbym ją na korzyść kongregacji. Jest tu także stan faktyczny. Zakony czyniły wiele dobrego.
Prefekt kończył otaczając się dymem cygara:
— Nie ma co powracać do tego, co się stało. Ale duch nowy jest duchem pojednania.
A ksiądz Guitrel kłaniał się znowu, podczas gdy Rondonneau młodszy pochylał nad rejestrami swą łysinę, na której siadały muchy.
Pewnego dnia panią Worms-Clavelin proszono, by wyraziła swe zdanie o pucharze, który prefekt osobiście miał wręczyć zwycięzcy w wyścigach koni pociągowych, poszła więc z mężem do pracowni Rondonneau. W gabinecie jubilera zastała księdza Guitrel, który udał, że się chce oddalić, ale poproszono go, żeby został. Zasięgnięto nawet jego zdania co do nimf, których wygięte łona tworzyły ucha pucharu. Prefekt wolałby amazonki.
— Amazonki, bez wątpienia... — rzekł półgłosem profesor retoryki kościelnej.