Kardynał arcybiskup przejrzał spis, poprawił go, uzupełnił i zalecił, by zwierzynę kupiono u Rivoire’a, dostawcy prefektury.

W tej chwili wszedł lokaj i podał kardynałowi na srebrnej tacy bilet wizytowy.

Eminencja przeczytał na karcie nazwisko księdza Lantaigne, rektora seminarium, i zwracając się do swego wikariusza generalnego rzekł:

— Założę się, że ksiądz Lantaigne znów przychodzi skarżyć się przede mną na księdza Guitrel.

Ksiądz de Goulet wstał chcąc wyjść z salonu, ale kardynał zatrzymał go.

— Zostań! Chcę, by ksiądz miał wraz ze mną przyjemność wysłuchania księdza Lantaigne, który uchodzi, jak wiesz, za pierwszego kaznodzieję w diecezji. Jeśli wierzyć głosowi opinii, kazania jego przewyższałyby nawet twoje, księże Goulet. Nie jest to zresztą moje zdanie. Między nami mówiąc, nie cenię ani jego napuszonej wymowy, ani zagmatwanej wiedzy. Jest straszliwie nudny, więc zatrzymuję cię, żebyś mi pomógł pozbyć się go jak najprędzej.

Ksiądz wysokiego wzrostu, barczysty, poważny, bardzo skromny, o spojrzeniu skupionym, wszedł do salonu i ukłonił się. Na jego widok kardynał zawołał radośnie:

— Ach, dzień dobry, księże Lantaigne! W chwili gdy kazałeś się oznajmić, mówiliśmy o tobie. Mówiliśmy, że jesteś najznamienitszym mówcą w diecezji i że twoje kazania wielkopostne wygłoszone u Świętego Eksuperego świadczą zaszczytnie o twym wielkim talencie i wielkiej wiedzy.

Ksiądz Lantaigne zarumienił się. Był czuły na pochwały; tylko przez furtkę pychy szatan mógł wcisnąć się do jego duszy.

— Eminencjo — rzekł i twarz jego rozjaśniła się uśmiechem, który wszakże znikł szybko. — Pochwała z ust Jego Eminencji napełnia mnie głęboką radością i szczęśliwie ułatwia rozpoczęcie rozmowy bardzo przykrej dla mnie. Bo z żalem musi rektor seminarium podać skargę ojcowskiemu uchu Jego Eminencji.