— A wasz wisielec? — zapytał ksiądz Lantaigne.
Na to pytanie zacny proboszcz Św. Eksuperego otworzył szeroko oczy i spytał zdziwiony:
— Jaki wisielec?
— Ten nieszczęśliwy samobójca, którego znaleźliście dziś rano w kruchcie waszego kościoła.
Usłyszawszy to przerażony ksiądz Laprune pomyślał, że jeden z nich, on albo ksiądz Lantaigne, postradał zmysły, i odrzekł, że nie znalazł żadnego wisielca.
— Jak to!? — zapytał ksiądz Lantaigne, także teraz zdziwiony. — Nie znaleziono dziś rano wisielca w kruchcie waszego kościoła?
Proboszcz na znak przeczenia pokręcił dwa razy głową, na twarzy jego odbijała się najświętsza prawda.
Ksiądz Lantaigne wyglądał teraz tak, jakby dostał zawrotu głowy.
— Ależ Jego Eminencja kardynał arcybiskup sam przed chwilą powiedział mi, że znaleźliście wisielca w swoim kościele!
— Och! — odrzekł proboszcz Laprune, nagle uspokojony — Jego Eminencja chciał się zabawić. Lubi takie żarty. Celuje w tym i umie utrzymać się w granicach przyzwoitości. Och, on umie żartować!