— Powróciwszy od chorego o szóstej rano, zastaję w swoim przedpokoju dwóch piekarczyków, którzy oznajmiają mi, że gospodyni ich, piekarka z ulicy des Tintelleries, właśnie ma rodzić.

— Ale — rzeki pan de Terremondre — czyż aż dwóch piekarczyków trzeba było, żeby to panu powiedzieć?

— Przysłano ich po kolei — odrzekł doktor. — Pytam ich, czy wystąpiły już charakterystyczne objawy. Nie odpowiadają, a wtem nadjeżdża trzeci piekarczyk na wózku swego pana. Wsiadam, sadowię się obok niego. Skręcamy i oto pędzę po bruku ulicy des Tintelleries.

— Przypomniałem sobie — zawołał pan de Terremondre — Giry debiutowała w Wodewilu w 69 r., a w 76 mój kuzyn Courtrai znał ją... i często u niej bywał.

— Czy mówi pan o Jakubie de Courtrai, rotmistrzu dragonów?

— Nie, o Agenorze, który umarł w Brazylii... Ma ona syna, który zeszłego roku skończył Saint-Cyr.

Tak przemawiał pan de Terremondre, kiedy pan Bergeret, profesor nadzwyczajny na wydziale humanistycznym, wszedł do sklepu.

Pan Bergeret był jednym z trzech kandydatów do krzeseł akademickich firmy Paillot i najwytrwalszym jej gościem. Przyjacielską ręką przerzucał tam stare i nowe utwory, a chociaż nie kupił nigdy żadnej książki, z obawy, by nie podrapała go żona lub córki, był zawsze życzliwie przyjmowany przez pana Paillot, który wysoce go szanował jako rezerwuar i destylator tego kunsztu literackiego, z którego żyją i bogacą się księgarze. Ten kąt starych ksiąg był jedynym miejscem w mieście, w którym pan Bergeret przebywać mógł z zupełnym zadowoleniem. W domu pani Bergeret przepędzała go z pokoju do pokoju dla różnych powodów gospodarskich; w uniwersytecie dziekan, który go nie znosił, wyznaczył mu na wykład ciemną i niezdrową piwnicę, dokąd niewielu schodziło studentów, a w trzech ośrodkach towarzyskich miasta krzywo patrzono na niego za to, że nazwał Joannę d’Arc maskotą żołnierską.

Pan Bergeret wsunął się do kąta starych ksiąg.

— Dzień dobry panom. Co nowego?