O, namacalna prawdo żądzy! Ty odpychasz w cień majaki mojej wyobraźni.
Opuścimy naszą parę kochanków w godzinie piania koguta, kiedy barwa, ciepło i życie święcą wreszcie tryumf nad nocą. Lafcadio podnosi się nad uśpioną Genowefą. Jednakże nie na piękną twarz kochanki, nie na czoło jej zwilżone potem, powieki z perłowej masy, gorące rozchylone wargi, doskonałe piersi, zmęczone członki, nie na to wszystko spogląda — ale przez szeroko otwarte okno patrzy na świt, w którym drży drzewo w ogrodzie.
Niedługo będzie już czas, aby go Genowefa opuściła; ale on czeka jeszcze; słucha, pochylony nad nią, poprzez jej lekki oddech, mętnego hałasu miasta, które już otrząsa się z odrętwienia. W oddali brzmi w koszarach pobudka. Jak to! Wyrzec się życia? Dla zdobycia szacunku Genowefy, którą ceni trochę mniej od czasu, jak ona kocha go trochę więcej, czyż Lafcadio myśli jeszcze o tym, aby się wydać?
Posłowie
Ta książka Gide’a, chociaż tak czytelna i żywa, niemniej wymaga paru słów omówienia, wymaga zwłaszcza umiejscowienia w czasie. Ten bardzo interesujący pisarz nigdy nie był jedynie autorem poszczególnych książek; aby je dobrze rozumieć, trzeba znać po trosze ich związki i moment każdej z nich. Zawsze on sam, Gide, jest najciekawszym bohaterem swego wewnętrznego dramatu.
Urodzony w środowisku protestanckim, straciwszy wcześnie ojca, chowany przez czujną matkę, młody Gide nasiąkł od dziecka atmosferą purytanizmu261, która zaciążyła nad całym jego życiem. W dwudziestym roku był to młodzieniec czarno ubrany, z brodą, noszący stale Biblię w kieszeni długiego surduta, biorący nader poważnie problemy swojej duszy. Ale zarazem wcześnie trawi go niepokój zmysłów, który pogrąża go w tym większym zamęcie, odkąd młody Gide zaczyna niejasno zgadywać, że natura wszczepiła mu uczucia i pragnienia odmienne od tych, które społeczeństwo i religia uznają za jedynie normalne i godziwe. Dla młodego purytanina, który zamyślał o małżeństwie ze swą cnotliwą kuzynką, trudno o straszliwsze odkrycie! Walczy ze sobą, przechodzi chwile bardzo ciężkie; w końcu, rozgrzeszony słońcem Algieru, gdzie bawił dla zdrowia, poddaje się głosowi natury — swojej natury. Wówczas językiem biblijnym pisze hymny pogańskie. Ale po krótkotrwałej pełni szczęścia rozterka zaczyna się na nowo; Gide czuje, że niepodobna mu jest zgodzić własnej sekretnej prawdy z zasadami obowiązującej moralności; wszystko się dla niego chwieje, wszystko sypie się w gruz. Wkłada obraz swoich przeżyć w młodzieńczego Amoralistę: opowieść ta mogłaby się wydać wówczas bardzo zuchwałą, gdyby nie to, że przeszła dość niezauważona, może szczęśliwie dla autora, w epoce gdy Oskar Wilde262, zdruzgotany, życiem przypłacił swoje nieporozumienia z podstawowym kanonem społeczeństw. Dla Gide’a, który ani na chwilę nie przestał brać najpoważniej zagadnień etycznych, wciąż staje przed oczami niepokojące pytanie: kto z dwojga ma słuszność, społeczeństwo czy on? Zmuszony sam dla siebie prowadzić generalną rewizję wierzeń i pojęć, Gide nie zadowala się w niczym zdawkową odpowiedzią: bada nieubłaganie wartość każdego czynu, każdej postawy moralnej. A gdy badanie to nie wypada korzystnie dla społeczności, Gide odwraca się od niej; materialnie niezależny, postanawia żyć dla siebie, wedle własnej reguły. Prawie przestaje pisać w owym okresie; opuszcza Paryż, gdzie mu jest duszno; wciąż niemal przebywa poza krajem, w wędrówkach na Południe i na Wschód. Aż wreszcie wraca w porządku sam ze sobą, ale zbuntowany, zawzięty, z postanowieniem rzucenia społeczeństwu wyzwania i z zamiarem bronienia twardo własnej prawdy. Indywidualista — „amoralista” — bardziej niż kiedykolwiek.
Z ironicznie wzgardliwej postawy wobec świata urodziły się mimochodem Lochy Watykanu, ten dość okrutny żart, w którym, niby w teatrze marionetek, Gide puszcza swoje figurki w ucieszne podrygi. Wśród wszystkich tych biorących siebie na serio pajaców widzi jednego człowieka. To ów młody Lafcadio Wluiki, którego Gide obdarzył dwuznacznym urokiem efeba263, niebezpiecznymi instynktami drapieżnika, ale zarazem uczynił go o ileż szlachetniejszym, pełniejszym, wierniejszym sobie od wszystkich tamtych! Lafcadio to odwet Gide’a, to jego akt wyzwolenia.
Lochy Watykanu ukazały się w r. 1914, były pierwszą książką tego „trudnego” pisarza, która miała szanse zyskać bardzo szeroki sukces; przeciął go wybuch wojny. Ale znamienne dla tego autora jest, że utworami swoimi wyprzedza zazwyczaj chwilę, która go dopiero dogania. Osobliwym zbiegiem okoliczności bohater Lochów, Lafcadio, tuż po wojnie okazał się niezwykle aktualny; okazał się reprezentacyjnym przeczuciem młodzieńca powojennego. Ci młodzi, z których wielu wojna zastała dziećmi, którzy chowali się samopas, podczas gdy dokoła rozluźniły się wszystkie więzy, przedwcześnie wyemancypowani, przyzwyczajeni z pobłażliwą wzgardą patrzeć na tużurkowych starszych panów, tkwiących mimo wszystko w pogrzebanej epoce, odnaleźli samych siebie w niepokojącej i zuchwałej postaci Lafcadia. I nagle, nienawykły do popularności, pięćdziesięcioletni Gide został w roku 1919 programowym autorem „młodych”. Lochy Watykanu stały się ich ulubioną książką ku radości autora, który nic nie taił, że i on najbardziej ją lubi ze swoich utworów. Przez kilka lat co najmniej młodzi stylizowali się po trosze na Lafcadia. Zabawne jest, że wpływ tej książki promieniował pośrednio i tam, gdzie sama książka pozostała nieznana, na przykład do nas, gdzie też nie brakło nieświadomych odbitek Lafcadia Wluiki.
Potem przyszły dla Gide’a ciężkie chwile. Z protestanckim uporem postanowił, nie licząc się z konsekwencjami, dać świadectwo swemu protestantyzmowi — seksualnemu; ogłosił Corydona, potem niesłychaną autobiografię Si le grain ne meurt; zrazu w szczupłej ilości egzemplarzy, potem w normalnym wydaniu książkowym. Ryzykował dużo, ale odwaga i powaga, z jaką stawiał swój problem, rozbroiły przeciwników. Tuż potem ukazała się świetna powieść Les Faux-Monnayeurs (w polskim wydaniu Fałszerze). Gide stał się najwpływowszym pisarzem Francji, duszą ośrodka intelektualnego, jakim jest po dziś dzień „Nouvelle Revue Française”264. Przynosił literaturze francuskiej dużo. Nigdy nie pisał dla napisania nowej książki; każda była dla niego głębokim przeżyciem, koniecznością, rachunkiem sumienia. Szukając wszędzie objaśnień swojego sekretu i tajemnic człowieka, zdobył szerokie wykształcenie przyrodnicze, historyczne; rzucał się na każdą nową myśl, gdziekolwiek się pojawiła, odczuwał czar egzotyzmu, nie bał się zapuszczać w mroczne labirynty „podświadomego”. Tak jak był za młodu jednym z pierwszych we Francji czytelników Nietzschego265, tak później wprowadził Conrada, nauczył rozumieć Dostojewskiego266, którego wpływ znać bodaj w finale tych Lochów Watykanu. Przez wiele lat Gide był najczujniejszą i najśmielszą myślą Francji.
Lochy Watykanu noszą podtytuł „sotie”. Sotie oznacza błazeńską farsę średniowieczną. Bo utwór jest żartem; mądrym, dowcipnym i zostawiającym uczucie osobliwego niepokoju. I jako żart trzeba przyjąć wszystko, co w nim rozmyślnie trąci z gruba kryminalnym romansem: spotkania, przebrania, wszystkie — jakże pasjonujące! — coups de théâtre267 mające chwilami coś z parodii podejrzanego Balzaka. Ze złośliwym mistrzostwem autor pociąga tu za nitki swoich pajaców, a także po trosze — i nas samych. Brniemy z niespodzianki w niespodziankę, a każda jest odkryciem, odnowieniem, odbanalizowaniem jakiejś niebezpiecznej prawdy...