— Co u diabła!

— Chytaj pan dyszel! — huknął Dubiel szarpiąc lejce i policjanta chyba kopnął, bo go tak zniosło z wy­sokości, jak pajaca z dykty znosi w strzelnicy trafny strzał.

— Wio, malutkie! — zapłakał Dubiel, a dziadek sto­jąc za plecami stangreta — jazda! — ryczał — psia­krew! — A tu już biegną policjanci, wojsko, szpicle i miejska służba.

Co dalej było? Tak było, jako miało być. Grzmiały kopyta w zamkowej sieni, pod kołami szemrał żwir dziedzińca. Czekaliśmy długo w lesie wyniosłych ko­lumn lekkie galerie unoszących, parskały konie, ki­wając łbami na pomyślność. Aż zadzwoniły ostrogi adiutantów, wrzasła48 komenda, błysnęły szable hono­rowej straży i wyszedł z wąskich, starych drzwi zna­czonych króla monogramem ten człowiek, któregom w snach i w bezsenności za ojca sobie przysposobił. Ujrzałem z bliska mundur siwy przepasany błękitno-czarną wstęgą orderu Militarnej Cnoty, ujrzałem si­wą brew i wąs ten sam, co na pieniądzach i na znacz­kach, srebrną buławę — znak ojcostwa z obrazów sta­rych odczytany. Mój dziadek mu się w pas pokłonił tak, jak kazałem. I rzekł:

— Konie, panie, moje... A to wnuczek — w bok mnie szturchnął — kwiaty daj!

— Dobrze, dobrze, moje dziecko — zadudnił nade mną bas znany z radiowych membran i wąs od dziad­kowego twardszy musnął me czoło.

— Siadaj — powiedział tak, jak chciałem — na ko­zioł, pojedziemy razem tę, panie, defiladę przyjąć.

I jedziemy. Przede mną konie fanfarzystów zadami trzęsą w spiesznym truchcie. Talerze szwoleżerskich czap płyną jakby po wodzie nenufary; rękawy zdobne w srebrne strzały wznoszą się w górę, trąby złote z pur­purowymi proporcami tryskają słońcem i dźwiękami. Dubiel po mojej lewej stronie z przejęcia głośno sapie, goryl w liberii gniecie mój prawy bok, pośrodku siedzę jak maskotka albo łaskawy żart marszałka. O tym marzyłem w noc bezsenną i tak bym zrobił, gdybym marszałkiem był sam, a on chłopczyną w kierezyi. Jadę i czuję zgodę pełną pomiędzy mną a starcem, który za mną siedzi w białych poduszkach — zgodę i jedność czuję natury mojej i Marszałka, jedność z historią, jedność świata — spełniony sen. Jestem gorący, promienieję jak trąba w rękach szwoleżera — przeze mnie płyną dźwięki gromkie, we mnie utkwiły wszystkie blaski pięknego dnia; we mnie Duch z obra­zów starych wszystkie promienie swoje skupił, ja je odbijam i rozsyłam, wzniecam pożary w sercach, gło­wach, szalonych chłopców przywołuję, z rodzinnych domów wyprowadzam w pola, gdzie potracą głowy. Buławą jestem i skinieniem, okrzykiem i spojrzeniem wodza, symbolem jestem, znakiem — chłopcem, któ­rego ptak przynosi, porywa potem — i samym pta­kiem jestem z tarczy, z chorągwi i z krwawego pola. Kwiaty spadają na mnie z okien, „niech żyje” krzyczą cienkie głosy, huczy miasto na jego i na moją cześć.

A oto pole, oto Błonia. Zielony przestwór spieniony lekko srebrną rosą. Jaskółki w górze i chorągwie, po lewej głośny tłum spiętrzony, po prawej smuga nie­ruchoma — i nagły szabel błysk, i krzyk jak grzmot, i wielokrotnym echem bije skoczny, generalski marsz.

Trybunka stała samotna, jak czółno w zieleń łąki wparta, skrzydłami orła ozdobiona. U jej stóp przy­siadłem. Bolały mnie nogi i do snu oczy zamykałem: noc miałem nieprzespaną i o świcie wstałem.