— Co tu się dzieje? — zawołały bliźniaczki. — Wychodzić proszę, dobrzy ludzie. Zaduch taki, że skonać można. Ojciec niech do siebie idzie, pora na drzemkę, dziecko do zabawek. Tu wietrzyć trzeba i po­sprzątać.

A wtedy „nie!” wykrzyknął cienkim głosem całkiem jak ja, gdy protestuję i rozkazy rzucam z kwatery mojej w jamie skrytej u jego nóg. Nadął się przy tym, poczerwieniał i uniósł z krzesła. Pięścią w stół grzmotnął, okiem błysnął, zajaśniał cały, jakby nie sobą był w tej chwili, ale postacią malowaną pędzlem Matejki mistrza Jana.

— Precz! — huczał dalej, dłonie wznosząc, aż się cofnęły dziady w trwodze. Lecz on do córek gniew swój zwracał:

— Precz, mówię, baby, nie przeszkadzać, gdy wolę nieba wykonuję. Dość waszych rządów, dość skamla­nia. Zamykam sklep i działać idę w imieniu ludu, co mnie prosi, bym go ratował przed zagładą.

— O, dzięki, panie! — dziady wrzasły54.

— Dawać mi konie i karetę.

— Dokąd, ojcze? — zapłakały bliźniaczki.

— Do księcia arcybiskupa zaraz jadę w imieniu Panny Najłaskawszej. — Ze mną dziecko. Niech ono teraz mnie prowadzi!


Kroniki miasta zapisały dzieje tej wojny, którą dziadek rozpętał w związku z objawieniem. Kroniki — mówię to w przenośni, gdyż w nowych czasach wy­darzenia w gazetach tylko pozostają. W starych rocz­nikach „Głosu Narodu” i „Naprzodu”, „IKACA”, „Czasu”, „Tempa Dnia” przeczytać można tę historię, która wstrząsnęła miastem całym, a dziadka mego w grób wpędziła. CUD CZY OSZUSTWO — napisano albo: PRZEMYSŁOWIEC APOSTOŁEM, PRORO­CTWO ŻEBRAKA, NIEBIESKIE ZNAKI NAD KRA­KOWEM CZY NOWE LOURDES?. „Dziś w godzinach rannych do biur metropolitarnej kurii zgłosił się zna­ny przemysłowiec, pan Ż., z niecodzienną wiadomo­ścią... Jak słychać, kuria z nieufnością odniosła się do rewelacyj, które zacny obywatel złożył”. Tyle prorządowy Ikac (takim skrótem nazywano poczytny „Kuryer” z Wielopola). A na to pepesowski „Na­przód”: „Ciemnogród w natarciu! Jak nas informują wiarogodne źródła, do magistrackich władz wpłynął wniosek o ustawienie świętej figury w miejscu sa­dzawki, co ozdobą jest miejskich plantów. Projekto­dawcą jest pan Ż., właściciel koni i powozów, karetek oraz karawanów, z którego usług korzysta próżność tak właściwa naszemu miastu. Jak słychać — pisał postępowy dziennik — źle teraz idą interesa w owym zakładzie. Objawienie więc w samą porę przyszło... Reklama dźwignią handlu przecie, jak powiadali sta­rożytni”. „Zaiste wzruszającą jest wiara ludu — od­powiadała prasa z prawa — w czasach zwątpienia, bezbożności, materializmu i swawoli, znalazł się prze­cie biedaczyna, prostaczek, nędzarz najpodlejszy, w którego uszach zabrzmiał śpiew chórów niewidzial­nych. O, nie pytajcie, mędrki, o naturę tego zdarzenia. Snem było li czy urojeniem, głodową wizją czy go­rączką nie całkiem wszak zdrowego chłopca... O, nie pytajcie wy, skeptycy, byście nie byli jako Piłat albo Tomasz-niedowiarek do końca wieków ośmieszeni. Cud jest wiarą i niczym więcej, niczym mniej. Jeżeli wszy­scy uwierzycie wizjom biedaka, jak mu uwierzył pan Teofil Ż., przemysłowiec z Piasku, co usłuchał głosu serca i u władz wszczął odpowiednie kroki, ażeby cudnych snów nędzarza pamiątkę świętą ustanowić, a miejsce zabaw (znane niestety ze zgorszenia, które­mu najwidoczniej sprzyjają władze, skąpiąc światła malowniczemu zakątkowi), miejsce zatem, brzydką opinią naznaczone, przemienić w sanktuarium kultu i łask, którego sława — któż to wie — rozeszłaby się w mig po świecie, roznosząc razem z chwałą bożą, naszego miasta dobre imię... jeżeli wszyscy uwierzycie, że ten śpiew był niebios chórem, a postać Panny Czy­stej zjawą, cud się stanie, cud się już stał!” (patrz „Dzwon Niedzielny”, właściwy rocznik, o numer mniejsza, bo nie pomnę).