Takie instrukcje dla władz miejskich Poznania wydał był na przywitanie cesarza Napoleona jego wysłannik, Józef Wybicki. Należy przypuścić, że „pieśnią pochwalną”, której na tę okazję wyuczyły się poznańskie panny, była Jeszcze Polska nie zginęła, skoro autor tych słów był mistrzem ceremonii. W uroczystości samej nie ma nic nadzwyczajnego; wedle tego samego rytuału witano Fryderyka Wil­helma III, gdy dwa lata wcześniej przybył objąć we władanie Warszawę, stolicę „Prus Południowych”; tak nazywano urzędowo polskie ziemie, przypadłe Prusom w wyniku trzeciego rozbioru. Świeże były też jeszcze wspomnienia pobytu w Polsce cesarza Rosji, Aleksandra, który jako gość Czartoryskich zatrzymał się w Puławach w drodze do Austrii. Je­chał wtedy na czele swoich wojsk na pomoc Austrii przeciw Napoleonowi. Polaków łudził obietnicami wspólnej walki przeciw Prusom oraz odbudowy całej Polski pod swoim berłem. Wkrótce potem jed­nak odwiedził króla Prus w Berlinie i na grobie Fryderyka Wielkiego zaprzysiągł mu wieczystą przyjaźń. Pod Austerlitz pobici zostali cesarze Ro­sji i Austrii; w rok potem Napoleon wkraczał do Berlina. Wszystkie obietnice płynące dla Polaków z zaborczych stolic zostały unieważnione. Do ziem polskich zbliżał się nowy protektor.

Kult Napoleona jest jednym z najciekawszych zjawisk umysłowych XIX wieku; towarzyszy pro­cesowi określania się narodów europejskich, odgry­wając w nim rolę hasła wywoławczego; zjawisko to tym dziwniejsze, że we wszystkich prawie wypadkach pozbawione racjonalnych podstaw. W wypad­ku Polski irracjonalny charakter kultu Napoleona jest szczególnie oczywisty, drastyczny nawet. Bada­nie tego zjawiska poucza o genezie i charakterze wszelkich kultów tego rodzaju oraz mitów utwo­rzonych z politycznej materii. Konsekwencje mitu napoleońskiego są niezmierne, a objawiają się w najbardziej zakorzenionych w świadomości zbioro­wej przekonaniach, w dogmatach, na których opie­ra się zbiorowe życie Polaków, a wreszcie w wąt­kach literackich, które decydują o typie literatury polskiej, stanowiąc jej odrębną, dziwaczną, egzo­tyczną nieomal urodę.

*

Polacy po trzecim rozbiorze są w stanie uśpie­nia; politycy chwytają wprawdzie każdą obietnicę poparcia swych starań o odzyskanie bytu politycz­nego, wojskowi zaciągają się do każdej armii gotu­jącej się do lokalnego choćby starcia z jednym z trzech zaborców, ale „obywatelstwo43” płaszczy się przed każdym monarchą, każdym gubernatorem, każdym wojskiem wkraczającym. Na zawołanie znajdują się nie tylko panny biało ubrane, śpiewa­jące pieśń pochwalną, lecz także dostawy dla woj­ska, a nawet rekruci z wiosek.

W centrum kraju, w zaborze pruskim, przewa­żała orientacja proberlińska. Wiązała się z liberal­nymi rządami Fryderyka Wilhelma III, który nie przejawiał zamiarów germanizacyjnych, ciężary podatkowe przerzucił na chłopów, faworyzował zaś majątki szlacheckie oraz miasta. Dostęp do portów bałtyckich otworzył szerokie możliwości dla pol­skiego handlu, zwłaszcza dla eksportu zboża. Przyzwoita administracja pruska wprowadziła trochę porządku do kraju, który tak bardzo ucierpiał od anarchii i bezhołowia. Lud, oczywiście, nienawidził Prusaków, zwłaszcza że najmniej korzystał z ich względów, a najwięcej od nich doznawał ucisku policyjnego i skarbowego. Elita natomiast okazy­wała zadowolenie; wielką rolę w kształtowaniu opinii odegrała wtedy loża masońska „Orła Białe­go”, której centrala mieściła się w Berlinie i która członkom swoim narzuciła pruską ideologię. W lo­ży tej skupiało się sporo byłych jakobinów z To­warzystwa Republikanów Polskich, a także byłych legionistów, którzy, po zawarciu przez Napoleona pokoju w Lunéville i rozwiązaniu obu legii, wró­cili do kraju. Królowi pruskiemu dedykował swoje wiersze Cyprian Godebski44, pułkownik drugiej legii, świadek jej haniebnego wydania przez Francuzów w ręce Austriaków. Gorycz zdradzonego legionisty wypowiedział w słynnym Wierszu do Legiów Pol­skich, a w powieści Grenadier-filozof dał wyraz antyfrancuskim i nawet antyrewolucyjnym nastrojom, jakie rozpowszechnione były wśród niedobit­ków włoskiej kampanii.

W powieści tej Godebski opowiada dzieje fran­cuskiego odwrotu spod Mantui. Austriacy wypuścili francuskich żołnierzy, a z nimi pewną ilość ofice­rów — rannych i chorych przede wszystkim — oraz tych, którzy potrzebni byli do konwojowania zwol­nionych z niewoli żołnierzy. Reszta oficerów poszła na trzy lata do austriackiej niewoli, Polacy zaś — jak wiadomo — wcieleni zostali do armii austriac­kiej. Godebski zdołał przyłączyć się do transportu rannych i chorych. W jego opowieści o ponurej wędrówce przez Alpy, przez Sabaudię do Lyonu, pojawia się raz po raz postać dziwnego grenadiera francuskiego, który odznacza się niezwykłym egoi­zmem i zachłannością: nic nikomu nie da, w niczym nie ustąpi, nie pomoże etc. Polscy oficerowie za to pomagają, jak mogą, wszystkim wokół i ostatnim kęsem chleba dzielą się z potrzebującymi. Wreszcie sami znajdują się w krytycznej sytuacji: wtedy na­gle przychodzi im z pomocą niesympatyczny grena­dier. Co więcej, okazuje się, że już wcześniej po­magał innym, ale w taki sposób, aby nie być roz­poznanym jako dobroczyńca. Gdzie tkwi tajemnica tak dziwnego postępowania? Otóż grenadier obser­wował bacznie ludzi, oceniał ich postępowanie względem drugich i dopiero gdy przekonał się o cnotliwości Polaków, wyciągnął do nich rękę, ujawniając swą prawdziwą, dobrą naturę. Albo­wiem cnota — powiada autor — jest jedyną rękoj­mią społeczną, tylko ona może ludzi łączyć z sobą; wojny i rewolucje są dziełem jakiegoś złośliwego demona mieszającego ludzkie rzeczy; wojny i rewo­lucje tworzą jakby odrębny, ciemny wątek dziejów ludzkich, konieczny zapewne i niedający sobą kierować — jak wszelkie nieszczęście. Grenadier-filozof znalazł się wbrew swej woli w armii republi­kańskiej. Pochodzi z Tulonu45 — miasta, które na rozkaz władz republikańskich zniszczył ogniem artylerii oficer nazwiskiem Bonaparte. „Wiadomy wam los tego nieszczęśliwego miasta — powiada grenadier swoim polskim przyjaciołom — będzie on długo przerażać prawdziwych przyjaciół ludu. Wymordowano jego mieszkańców dla uczynienia ich wolnymi. Zgładzono jego ślady dla zaszczepienia w nim drzewa wolności, a na stosie trupów otwo­rzono księgę praw człowieka...”. Inny znów z ofice­rów opowiada Polakom o losie Lyonu, również zmasakrowanego przez Republikę: „Mój ojciec był przyjacielem sprawy, ale nienawidził środków i stał się z innymi swego zdania ofiarą”.

Przechodząc przez Alpy Sabaudzkie, legioniści polscy znaleźli człowieka szczęśliwego. Był to pa­sterz, który żył z dala od miasta, z dala od ludzi, tylko pośród natury. W obrazie tym widne46 są ślady sentymentalizmu i filozofii Rousseau, lecz zapra­wione elementem nowym: goryczą porewolucyjną, ironią wobec republikańskiego „szczęścia”.

„— Widzę — rzeknę do pasterza — że pokój i szczęście udziałem waszej ustroni; ale winszujemy wam nowej onych rękojmi.

— Jakiej? — zapyta.

— Konstytucji, co wam przynieśli Francuzi.