Było to czuwanie martwego przedmiotu. Zdawało mu się, że jest kamieniem, sprzętem, pyłem kosmicznym. Mogły koło niego przechodzić wieki i tysiąclecia ludzkie. Nie nudziła mu się jego cierpliwość.

Za oknem zaczął się turkot wozów, gwar ludzki, blade światło weszło do pokoju przez zapuszczone firanki. Doktór wstawał, gasił lampę, chował pocisk w zwykłe miejsce, do najniższej szuflady biurka, którą starannie zamykał na klucz. Obchodził się z bombą ostrożnie, jak należało, ale bez żadnych nadzwyczajnych wrażeń. Potem mył się i wychodził na miasto. Pił kawę i odczytywał „Kuriera” w mleczarni Nadświdrzańskiej i jechał tramwajem do swojego szpitala. Był uważnym, spostrzegawczym, zwyczajnym.

Jeden ze starych wariatów, człowiek bardzo przywiązany do doktora, powitał go i tego dnia uprzejmymi słowami: „Kiedyż pan doktór nareszcie zamieszka z nami na stałe?”. Diagnozy jego były rozumne i przenikliwe, postępowanie z chorymi, jak zwykle, taktowne i pełne rzadkiego u lekarzy szpitalnych ciepła. Stały ordynator spoglądał tego dnia ukradkiem a bacznie na młodszego kolegę. Doświadczonym okiem szpiegował jego ruchy i spojrzenia, a zwłaszcza pewien lekki, jak cień, uśmieszek, który co chwila w porę i nie w porę zjawiał się na jego obliczu. Stary lekarz potrząsał głową w smutnym jakimś przeświadczeniu. Lubił bowiem bardzo swego asystenta.

O swojej godzinie pojechał doktór na obiad. Ale zaledwie przełknął zupę, zerwał się nagle i, ku zdziwieniu stołowników i pani Mijałkowskiej, wydającej obiady gospodarskie, wypadł z pokoju. W niezmiernym podnieceniu popędzał dorożkarza i zadyszany wbiegał na swoje trzecie piętro. Ostrożnie otwierał drzwi i zaglądał do gabinetu. Gabinet był taki, jak zawsze, wszystko stało na swoim miejscu. Drżącą ręku otwierał biurko, przerażał go brzęk kluczyków. Zajrzał i uspokoił się natychmiast.

Siadł i w zeszycie swoim zapisał w kilku zdaniach spostrzeżenia tego dnia.

Był świadomym tego, jakim jest teraz i jakim był w nocy i przed chwilą. Po czym wracał na obiad, myśląc: „po co ja właściwie brałem dorożkę, kiedy to tak blisko?”.

Bywało rozmaicie, bywało gorzej. Pamięta ciche noce i sen spokojny. Nagle podrzuca go coś na łóżku. Zapała gwałtownie świecę i nadsłuchuje. Podkrada się ostrożnie pod zamknięte drzwi gabinetu i nagle otwiera drzwi szeroko. Odważnie podnosi świecę — nic.Cóż spodziewał się tam zastać? Nie wiadomo. Podejrzliwie zagląda do kątów, ale przeraża go własny cień, przesuwający się po ścianach. Potem chodzi po swoich trzech pokojach ze świecą w ręku. Potem gasi świecę, otwiera okno i wygląda na ulicę. Przynosi ostrożnie pocisk i stawia go na oknie. Czeka. Wreszcie kroki, głosy... Jacyś pijani wracają do domu, wyśpiewując pijackimi głosami. Z daleka słychać dorożkę — i to nic. Czeka cierpliwie. Wreszcie zbliżają się środkiem ulicy trzy cienie. Wloką się powoli, słychać częste ziewanie, szerokie, mocne. Kroki twarde, ciężkie. Połyskują bagnety.

Doktór nie ma żadnych zamiarów. Wybucha w nim rozpasane szyderstwo. Jest z czegoś niezmiernie zadowolony, nie posiada się z radości.

Tymczasem tamci powoli, spokojnie przechodzą.

Czasami zabierał ze sobą pakunek, nosił go do szpitala, na obiady, poruszał się z nim swobodnie, zapominał o nim chwilami, a było mu z nim dobrze i spokojnie.