z oddziału bojowego polskiej partii. ”
Przez sporą chwilę jeszcze było w izbie cicho po tym czytaniu. Przez sporą chwilę trwali ludzie w skupionym milczeniu, jak gdyby chcieli uczcić poległego towarzysza, którego głos przyszedł do nich zza grobu, z tamtego świata.
Pierwszy Knoblak westchnął ciężko i odezwał się głosem wzruszonym:
— Wieczne odpoczywanie racz mu dać Panie!... A światłość wiekuista niechaj mu świeci!... Niechże ta bomba ozerwie60 na znak, kogo należy, za tę jego śmierć niewinną!
Tymczasem na progu ciemnej izby stanął gruby, nieduży człek i wolniusieńko, jakby się skradając, szedł do stołu. Stawał, przyglądał się, przygarbiony, zaczajony, oczy sobie od blasku lampki osłaniał — a nikt nie mógł wyrozumieć, o co tu idzie.
— Walek? Cóż ty takiego wyrabiasz?
Ale chłop w jednej chwili rzucił się na Knoblaka, obalił go razem ze stołkiem, ucapił za ramiona i zaczął tłuc łbem o podłogę, aż się rozlegało.
Oderwali go wreszcie. Powypadali wszyscy z drugiej izby i wszyscy razem zaczęli gadać. Figiszewski zbladł i wstał na równe nogi. Zdawało mu się, jakby coś zaczynał rozumieć.
Każdy od siebie pytał Walka i ciągnął go do siebie. Chłop nic nie gadał, bo nie mógł wydusić ze siebie słowa, tak był wzburzony. Wreszcie rzucił się z nową zapalczywością na powalonego i w nieludzki sposób dał mu jeszcze dwa razy z rozmachu po gębie. Oderwali go znowu. Wreszcie chłop się opamiętał i zaczął krzyczeć:
— Ten sam jest! To on był z żandarmami u nas w Sierbienicach! On prowadził, on pokazywał! Tego Kiełzę Wojtka on wydał! To on mu naboje sprzedawał na jarmarku w Śmiglu! Śmierć szpiegowi, judaszowi! Już on stąd żywy nie wyjdzie! A ty jego wspólnik! — ryknął, rzucając się na Figiszewskiego.