— Ja? To moja rzecz. Mam ja na każdego człowieka swój sposób.

— Gdzieś ty z nimi chodził i coście tam gadali tak długo? Przez te półtory godziny ja wciąż umierałem i ożywałem, i znowu umierałem. O, Boże miłosierny! Cóżeście gadali, powiadajcie, bo we mnie wszystko się trzęsie.

— O polityce my gadali. Ja ich przekonywał, żeby komunę założyli bandycką, a oni, żebym przystąpił do nich.

— Ty kpisz, a ja ze strachu umieram!

— I czegóż się teraz boisz?

— Oni tu gdzie jeszcze na mnie napadną! Ratuj mnie, bracie! Aj, aj, tyś się z nimi zmówił!

Figiszewski się śmiał na całe gardło i zacinał konie.

— Głupiś ty! Ja ich przekonałem, żeś niewinien! Rozumiesz? Przecie ty niewinien? Prawda? Po coś się głupi przyznał? To nie ty wydałeś tego ich bojowca?

— Słuchaj, nie mów tak, bo ja zwariuję. Nie goń tak, zlituj się, bo mi ta rozbita głowa całkiem pęknie...

Figiszewski się śmiał.