Figiszewski zaciął konie i popędził, aż koła warczały. Gnał tak z godzinę, nie oszczędzając koni, i poprzysięgał sobie raz na zawsze trzymać się od partii z daleka, jak od morowej zarazy.
Nie pomogło mu to jednak. W kilka dni potem zaaresztowano jego i szwagra, i Symchę Sztera, i jeszcze sześciu innych członków organizacji „Pięciu mężnych”. W jednej chwili prysł czar, otaczający potężną bandę. Wszyscy się zdumieli, że mogli tak długo znosić bezprzykładny ucisk. Wszyscy uradowali się w sercach swoich i wynosili pod niebiosa energię prawowitej władzy, która nareszcie ocknęła się do czynu. Żałował bandytów tylko jeden pan Szuba, dzierżawca z Żabiej Woli. Męczeńska śmierć skromnego, ale wiernego sługi tronu była momentem zwrotnym w dziejach powiatu. Ustał uciążliwy i upokarzający podatek. Nowy naczelnik straży ziemskiej w porozumieniu z dowódcą siły zbrojnej rozsyłali patrole po całym powiecie, a w okolicy zaczęły się na dobre rozboje po drogach i napady na dwory.
Weszycki, przyjechawszy wieczorem do Warszawy, stanął u swojego wuja, sklepikarza na Starym Mieście, i rozpytywał o nowiny. Wuj niewiele gadał, bo był zajęty rachunkami. Twierdził jednak, że rewolucja już się skończyła i ani się tym nie martwił, ani się z tego nie cieszył.
— Co jest, to jest. Jak ma być, to i będzie. Tu żaden człowiek nie poradzi, ani żadna partia. Samo wszystko na świecie idzie. Nie wiem, jak ci, chłopcze, radzić. Moja rada — żebyś się tu trochę zabawił, do teatru sobie poszedł, do cyrku, z tą dziewczyną się zabaw, byle ze zdrową, i zawracaj do domu, pókiś cały. Będziesz się zanadto kręcił, wezmą cię na ulicy...
— Za co? Ja tu nieznajomy!?
— Za co? Za nic, za samą twoją minę.
— Co słychać u Józka — mieszka tam, gdzie dawniej?
— Przeniósł się do Ratusza, a stamtąd się wymeldował do fortów!
— Za co? Przecie on nigdy do niczego nie należał.