— Odłóżcie kpiny na potem, ale ja dzisiaj muszę się widzieć z kimś z „wydziału”.
— Nic a nic nie rozumiem, proszę mi raz dać święty spokój!
— Uważam, że tu coś zmienili, i wy mi nie wierzycie. Ja to rozumiem, ale zważcież i wy moje położenie: ja z daleka, z prowincji i z ważnym interesem. Z bardzo ważnym! Nie mam żadnego adresu...
— Ja na to nic nie pomogę, bo nic a nic nie rozumiem...
— Dajcież mi choć kogo jednego!...
— Niech się szanowny pan uda do pani Wojdalińskiej. Upewniam pana, że już wróciła z letniego mieszkania.
Weszycki stał wściekły i strapiony.
— Choćby pan tu stał do samego wieczora — zaczął spokojnie pan Kazimierz, ale Weszycki zaklął i trzasnął drzwiami za sobą.
Pan Kazimierz stał jeszcze długo za ladą i przetrawiał słuszny gniew. O to głupie wiejskie „podbiuro” były już w sklepie trzy rewizje, a w mieszkaniu cztery. Dwa razy go brano do ratusza, a za każdym razem uwolnienie kosztowało go po pięćdziesiąt rubli w gotówce i po drugie tyle towarem. Jeszcze po rozłamie szarpali go sobie na obie strony, aż mu pękała głowa. Od pół roku bez mała wszyscy stali bywalcy partyjni poznikali, jak cienie, nie zapłaciwszy długów sklepowych. Szpicle zamawiali się wciąż z całą bezczelnością — a tu zjawia się poczciwa figura „z prowincji”, która nie zdążyła się jeszcze dowiedzieć, że „wydział” wsypał się w styczniu, że w partii jest przewrócone wszystko do góry nogami przez rozłam i zdziesiątkowane przez wsypy. Od tego czasu wsypały się już trzy podbiura, a ten sobie przychodzi jakby nigdy nic ze swoją panią Wojdalińską. Kochany człowiek! Trochę się spóźnił ze swoim ważnym interesem. Czyż teraz jeszcze mogą być jakie ważne interesy? Koniec, klapa, nieszczęście! Daj, Boże, jak najprędzej zapomnieć, że coś było.
Pan Kazimierz zagłębił się w rozważaniu: czy też ten zapóźniony towarzysz nie jest czasem szpiclem? Wyglądał uczciwie, ale i szpicle wyglądają nieraz też uczciwie.