— Nic ci do mojego żalu...
— Dobrze. Do widzenia! Pomyśl rozumnie i spokojnie o tym wszystkim. Kiedyż się zobaczymy?
Kamil spojrzał na towarzysza z szyderstwem.
— Będę myślał, będę myślał przez całą noc — a odpowiedź moją wyczytasz jutro w porannych dziennikach. A czy się zobaczymy... Haha!...
— Jak sobie chcesz. W każdym razie hańba to dla rewolucjonisty, żeby dla kobiety...
— W każdym razie wszystko mi to jedno!
Leon ponuro patrzył za nim, jak przesuwał się między stolikami i znikł za wielką kotarą, odsłaniającą wejście. Kamil nie obejrzał się nawet na przyjaciela.
Leon został w kawiarni i zagłębił się w gazetach. Czytał pilnie z godzinę, a potem wyszedł na miasto. Wciąż potrącał i przepraszał ludzi, pogrążony w myślach. Przechodząc koło wielkiej wystawy sklepu kwiaciarskiego, przystanął i z rozkoszą patrzył na pęki kwiatów.
Coś pięknego, wzruszającego jak uśmiech dziecka, spojrzało nań z pomiędzy gałązek i bukietów. Bił od tych kwiatów zmienny, niespokojny urok smutku i radości. Przypomniały się Leonowi rzeczy dawne.
— I ona była, jak kwiat...