Czy to sen? Czy to prawda? Czy to prawdziwy sen? A czy bywają kiedy sny? A czy istnieje świat? Czy jest cośkolwiek? Czy jest ona?

Jest jakiś powolny ruch — opadanie z wysokości czegoś białego, białego, białego...

To płaty śniegu spływają z nieba i uściełają się na nagich konarach, na cienkich gałązkach, wszędzie — wszędzie. Przedostają się przez szyby i zapełniają biały pokój. Pełno ich — wirują, chwieją się w powietrzu, układają się na podłodze. Biało, biało...

Nagle budzi ją straszliwy, rozsadzający głowę huk.

Niepojęta siła podrzuciła ją w górę. Kama zrywa się, wypada z łóżka, biegnie gdzieś z obłąkanym wrzaskiem. Runęła na podłogę, wysłaną grubym, szorstkim dywanem. Za sekundę urwie się wszystko, zniknie wszystko. Już wie, że jest rozerwaną na strzępy. Resztką życia jeszcze wie, że daleko od niej leżą jej ręce, nogi, że krwawi gdzieś daleko odrzucone, jeszcze bijące serce.

— Gdzież moja głowa? gdzie ja jestem? — gdzie jestem „ja”? Mnie już nie ma — to śmierć. To taka jest śmierć? Ciemno.

Znowu leży na łóżku. Długo wpatruje się w człowieka, który przy niej siedzi. Człowiek porusza ustami i uśmiecha się do niej. Bardzo się stara, żeby wiedzieć, kto on jest. Powinna to wiedzieć. Ach, powinna! Powinna wiedzieć, co on mówi, powinna słyszeć. Powtarza sobie z uporem dziecka: ja chcą słyszeć, ja chcę słyszeć... Radośnie się roześmiała: ja słyszę, ja wszystko słyszę! A ten człowiek, to doktór! Ludzie nie tylko są, ale każdy się jakoś osobno nazywa: i doktór się też nazywa. Okno? ściana? dywan? śnieg? Ach tak, wiem — to jest doktór i dlatego nazywa się „doktór”.

Uspokojona powtarza ciągle w kółko cichym szeptem: doktór, doktór, doktór... Już teraz wie i nie zapomni. Doktór odchodzi, a Kama patrzy znowu w swoje ukochane okno.

Uniosła się ze zdumienia na posłaniu. Biało na świecie, tak biało! Cóż to się takiego stało? Zapragnęła, żeby było inaczej, żeby było tak, jak właśnie przed chwilą, kiedy wszystko za oknem tonęło w zieloności, kiedy do okna pochylały się i zaglądały do niej wielkie, soczyste, pachnące liście i ciężkie, blado-różowe kwiaty. Zatęskniła do czegoś niewiadomego: to chyba były jakieś miłe głosy — tylko czyje? To może był jakiś powiew, jakieś ciepło...

— Nie — to było coś innego: żywe, śliczne, pachnące. To żyło, można było z tym rozmawiać całymi godzinami. Tu na stoliczku koło łóżka czuwało nad nią... Odchodziło i przychodziło znowu, coraz inne, coraz piękniejsze. Nie ma, dawno już tego nie bywało! Patrzy Kama proszącymi oczami na znajome miejsce, na biały, pusty stoliczek.