— Żeby tak każdy z naszych krawców miał po jednej takiej sztuce, toby wnet nastał ład na świecie... Idzie ten człeczyna wymizerowany z gołymi rękami... Jeden stójkowy prowadzi do ratusza dwudziestu naszych, baba, jak się uda zażarta, sponiewiera naszego krawca, miotłą go wymiecie ze wszystkich schodów... Czuję, że idzie moja śmierć. Zjadły mnie kamizelki, ta diablica żelazkiem mnie uwaliła prosto w piersi... Czas mi na Bródno69, czas...

— Czas i na mnie, towarzyszu. Po prawdzie, to żyć nie jest warto, żeby tak zanadto...

— Prawda to, chłopcze. Cieszę się, że tych dzieci nie zostawiam.

— A jak wy myślicie — warto na komisarza z tym pójść? To jest interes pewny, tylko czy warto?

— Jak iść, to tylko na tego z cyrkułu na Podwalu. On głównie naszych wybierał, w cyrkule kazał sołdatom prać naszych. Na niego warto. Wszyscy krawcy będą ciebie wspominać.

— Nie jedni krawcy w Warszawie. Ja bym chciał, żeby wszyscy pamiętali...

— To trzeba chyba Skałłona70. Podobno wyjeżdża na miasto?

— A kto go upilnuje, kto wywiad zrobi, kto na ulicy będzie wartował? Tu trza ludzi z dziesięciu i nie byle gapów... Trza mieć ubranie porządne, żeby szpikom w oczy nie leźć. Ale jest tu taki sobaczy główny generał od sądów wojennych. Mieszka prywatnie, piechotą teraz chodzi. Toby było ładne, co? Ilu to on naszych osądził? To nie jakiś komisarz?

Wieczorem, kiedy baba zeszła do sklepiku na plotki, zaczął Rewilak układać swój list pośmiertny do partii. W wielkim wzruszeniu, chodząc po izbie, dyktował głośno, a krawiec gryzmolił, jak umiał, ołówkiem na papierze, rozłożonym na desce od prasowania. Doradzał, poprawiał, kłócił się o słowa.

— List musi być piękny, żeby go mogli cały wydrukować.