Za tym korytarzem idą szerokie schody i prowadzą do innego skrzydła. Przedpokoje, komnaty z kordegardą, gdzie drzemie gromada żołnierzy. Drzwi — przede drzwiami na straży żołnierzyna wpija wystraszone oczy w każdego, kto go mija.

Tutaj, o tej wieczornej porze chodził po swoim gabinecie i rozmyślał człowiek w generalskim mundurze. Pies psów carskich, sługa sług, niewolnik, bijący czołem w przedpokojach ministra, a w Polsce pan samowładny i prokonsul, opiekun, dozorca i kat, generał i gubernator6. Mieszka na zamku królewskim, jak król, i ma władzę, jakiej nie miał żaden król polski.

Chodził po wielkim swoim gabinecie i nudził się. Już od dawna jest znudzony wszystkim. I zbytkiem, który go otacza, i strachem, który wzbudza w kraju, poddanym jego władzy. Nudzą go dobre obiady i dobre wina, nudzą go zaszczyty, nudzi go uległość podwładnych, nudzi go kariera, nudzą go wyroki śmierci, które potwierdza codziennie w oznaczonych na pracę godzinach.

Nudzi go nade wszystko jego gabinet, w którym przesiaduje całymi dniami, gdzie jada, sypia, pracuje, przyjmuje wizyty i który stał się dlań od pewnego czasu całym światem. Już od kilku miesięcy nie ruszył się generał z zamku. Od paru tygodni nie opuszcza swojego gabinetu. Jest zapracowany — opowiadają w świecie urzędniczym Warszawy. Chory — mówią wojskowi, którzy go nie widzieli na placach przeglądów. Boi się — mówi opinia Warszawy.

Generał stanął u okna i patrzył z nienawiścią w czarną przestrzeń. W dole śniła się białawo zamarznięta rzeka, a po drugiej stronie połyskiwały roje światełek Pragi. Ponury był to widok. Generał wiedział, że tam, jak i gdzie indziej wokoło, boją się go i nienawidzą. Był czas, że go to bawiło, potem uważał to za normalne, potem zaczęło go to nudzić, a teraz...

Generał drgnął i odskoczył od okna ze stłumionym okrzykiem. Nie. To nagi konar drzewa ukazał się niespodzianie tuż za szybą. Jak gdyby czyjeś czarne ramię sięgało do niego z ciemności. Nerwy! Wiedział przecie, że tam w dole po tarasie we dnie i w nocy patrolują żołnierze. Niepodobieństwo!

Powtarzał sobie ustawicznie: niepodobieństwo! a jednak od pół roku miotał się w niepokoju wśród obaw, przywidzeń, śmiesznostek, panował nad sobą przy ludziach, ale nieraz nie mógł utrzymać na wodzy szalejących nerwów i wybuchał.

Nie był to strach. Generał był żołnierzem i wierzył w to, że zawsze gotów jest zginąć w obronie ojczyzny. Wybierał się nawet na wojnę. Ale na wojnie nie był. Wstydził się tego, że nigdy w życiu nie był na żadnej wojnie i w oczach podwładnych sobie dowódców, którzy odbyli kampanię japońską, czytał coś w rodzaju lekceważenia. Gryzł się tym i truł w duszy, ale nowej wojny nie było. Za to wybuchła rewolucja. Zaczęli ginąć generałowie, ministrowie, figury wysokie, najwyższe. Teraz nikt już nie może pomyśleć, że nie znam, co to prawdziwe bojowe niebezpieczeństwo! Jestem na wojnie, wystawiony na najpierwszy cel skrytobójców!

Istotnie miał szczery zamiar być mężnym bojowym generałem. Kiedy go przeznaczono do Polski, wiedział, że łatwo tam zginąć.

Objął rządy z zapałem.