— Jeszcze boli. To dobrze. Zasłużyłam.
Kareta stanęła. W drzwiczkach pokazał się furman, zlany deszczem, w lśniącym cylindrze, z wielkimi guzami. Jedną ręka trzymał lejce, a drugą zdjął cylinder.
— Jaśnie państwo zechcą kazać mi gdzieś do diabła raz dojechać, bo jeżeli tak będzie dłużej, to was zawiozę prosto do cyrkułu.
— Ależ to Kamil! — zdziwiła się Kama.
— Ja, do usług jaśnie pani, ale nie jestem żadnym dorożkarzem, tylko skończyłem uniwersytet, więc proszę się choć trochę miarkować. Zmokłem, jak pies, te przeklęte konie rwą, że mi już ręce pomdlały.
— Dobrze, dobrze. Jedź prosto na Teodorę! Potem odstawimy konie i pójdziemy na kolację.
— Co, Kamuś, klapa? Uda się na przyszły raz. Jeszcze sobie pożyjemy. Nie martwcie się, jaśnie pani towarzyszko.
— Dziękuję wam, Kamil. Dobrzy jesteście.
— Za co to?
— No, za wożenie, za czekanie na deszczu...