Po co wszyscy żyją? Pytanie to wydobywało się z niej przeraźliwym, obłąkanym krzykiem.
Kiedy składała pocisk na przechowanie w zwykłym miejscu u pewnego nerwowca inteligenta, ten, jak zwykle, podziwiał jej niezachwiany spokój. Prosił ją, żeby spoczęła, zapraszał na herbatę i kunsztownie zagajał rozmowę, która zawsze i niezmiennie prowadziła do tego, żeby się od niej dowiedzieć jak najwięcej, co czuje, jak czuje, jak ona przeżywa takie podróże z tak delikatnym ładunkiem.
Był to jegomość niezwykle ciekawy procesów psychologicznych, zachodzących w duszach bojowców, ocierających się codziennie o śmierć.
— Jako lekarza i psychiatrę niezmiernie mnie interesują te wasze właściwości duchowe. W takich sytuacjach, szanowna towarzyszko, zjawiska psychologiczne nabierają jaskrawości i wyrazistości niezwykłej. Cóż, kiedy z wami nigdy nie można się dogadać. Wasi ludzie ukrywają się i maskują przede mną, drwią z moich badań i wykręcają się dowcipami. A nauka mogłaby niejedno z was wyciągnąć...
Kama znała tę jego manię i z uśmiechem znosiła indagacje, odpowiadając byle co, mistyfikując psychologa i niewiele sobie robiąc z całej nauki.
— Cóż, na długo zostawiacie mi to sympatyczne pudełeczko? — pytał doktór przy pożegnaniu.
— O, towarzysz jest za ciekawy. Zresztą ja sama nie wiem. Jak każą, przyjdę — kiedy każą...
— ...Albowiem nie wiecie ani dnia ani godziny... — z odcieniem pewnej głębokości wypowiedział doktór.
— Dnia, jak dnia, ale co do godziny, to jak zawsze między ósmą a dziewiątą wieczorem. A gdyby wypadło inaczej, to tegoż dnia rano o ósmej otrzymacie kartkę przez posłańca, oznaczającą godzinę.
— Żeby tylko nie przez tych posłańców...