— Takiej sprawy nie ma.
— Taka sprawa jest. To godność człowieka — ludu. To honor walczącego proletariatu. Za to musi ktoś głowę dać! Muszą być mściciele, co idą za wszystkich — nie jako na wojnę, ale żeby dać świadectwo prawdzie. Musi być ktoś, co się ośmieli podnieść uzbrojoną rękę! Inaczej martwa będzie nasza miłość i martwa będzie nasza nienawiść. Zadusi nas trzeźwy rozsądek, zatrują nas kalkulacje polityczne! Inaczej zmarniejemy moralnie, skopani, lekceważeni przez wroga. Ja mam ambicję, żeby na uśmierzenie naszego buntu nie wystarczyło nahajki! Ja mam tę ambicję, żeby wróg musiał wystąpić przeciwko nam z całą swoją siłą, żeby nas mordował, a nie tylko prał po pysku... Ja chcę, żeby wróg nas uszanował. Nam nie wolno po masakrach zadowolnić39 się pompatyczną, odgrażającą się, bezsilną odezwą. Nienawidzę tego obłudnego frazesu, tego żargonu impotencji... I kogóż to zresztą oszuka? Poczekaj jeszcze, daj mi dokończyć! Nasz sporadyczny odwet — to nie żadna siła — nie jestem obłąkanym bojowcem, co, jak wy powiadacie, wierzy tylko w brauninga. Ja wierzę we wszystko, co jest rozumne i potrzebne. I można i należy się kłócić o taktykę, o program, ale nie można się spierać o honor!
Kolega Szabłowski już od dawna śmiał się szyderczo:
— Jakież to szczęście dla kolorytu narodowego, że nie wyginęli jeszcze wszyscy romantycy! Co za bogaty temat dla poetów! Nudziło im się biedakom w naszych kupieckich, trzeźwych czasach i nie chciały ich już czytać zblazowane panny... Ale nareszcie mają towarzysza Marka! Opiszą cię, Marku, bądź pewien, że cię uwiecznią! Dla mnie i dla socjalizmu to zamknięta kraina — i jakże ja się z tego cieszę! Poezja! Kiedy słyszę słowo „poezja” — widzę dorodną pannicę-lenia, która wśród roboczego dnia, o ścianę od wyjącej krzywdy, rozwalona na kanapie, śmie sądzić o tobie, Marku, wraz ze swoim poetą, przewracając ozdobne kartki wypieszczoną dłonią. Każdy poeta pisze o wszystkim, ale każdy tworzy tylko dla niej jednej: i o blaskach, i o woniach, i o uściskach — a dla odmiany i o rewolucji. Biedny, naiwny człowieku, przyjdzie i na ciebie moda. Ty cały jesteś wyjęty z pisanego dramatu. Co ty robisz w tej całej rewolucji? Poeta i ta jego panna powiedzą, że tworzysz piękno rewolucji, że ty okupujesz jej grube, wstrętne objawy, ale przecie ty naprawdę chcesz być użytecznym! Chcesz służyć ludowi. Ha-ha!... Ale lud nie czyta poetów, lud jest taki głodny, chciwy chleba, że nie pozna się z tego głodu na twojej „honorowej” racji stanu i wróci zawsze do nas, którzyśmy z jego nędzy się urodzili... z tej, niestety, tak prozaicznej, polskiej nędzy...
Marek śmiał się do rozpuku.
— Tak, to bardzo zabawne — rzekł Szabłowski, patrząc w okno.
Właściwie, miał on już zupełnie dosyć tej całej rozmowy. Nie miał żadnej ochoty do złośliwości. Chciał jakoś polubownie dojechać z przyjacielem do jego stacji. Ale ten śmiech, udany czy nie udany, kolnął go jak ostrogą. Spojrzał ponuro i spytał:
— Z czego się śmiejesz?
— Z ciebie i z twojej nieśmiertelnej trzeźwości. A śmieję się dlatego tylko, że nie mogę nad nią zapłakać. To zgroza! Zaiste, w tych naszych szybko mijających czasach okropnością jest to wasze rozumne, ostrożne czekanie.
— To nasze „czekanie”, jak ty mówisz, zdusi carat, a nie wasza armia bojowców z ich całym bohaterstwem, godnym zaiste lepszej sprawy...