— Naród jest ciemny, mało tam u nas rozumienia na politykę. Trudno piszą po naszych gazetkach, a tu ledwie, ledwie który czyta się nie jąkający42.
Chłop wyskoczył z wózka i zabrał z dworskiego pola, którego brzegiem jechali, jedną, drugą i trzecią kuczkę schnącej koniczyny, zwalił na wózek i mościł siedzenie.
— Teraz będzie dobrze i wam, i tej delikatnej torbeczce. Wdusi się ją we środek, nic nie będzie widać.
— Jakże ona na kradzionym wysiedzi?
— Niech się i pan hrabia do tej rzeczy przyczyni. Nie kradzione, bo dla partii.
— A wasze konie to zjedzą.
— One też teraz partyjne. Wieziem broń i municję. Dużoście tego przywieźli?
— Tyle, co będzie trzeba.
Chłop milczał przez jakiś czas, potem gadał do koni, potem o urodzajach, wreszcie obrócił się do Marka i rzekł, nie patrząc, a batem prał raz po razu po przydrożnych badylach.
— Nie pytałem się was o nic i nie pytam. Wasza rzecz. Ale jak tu ma być co takiego — to, zanim rzecz będzie wiadoma u nas w Sierbienicach, lepiej pogadajcie ze mną zawczasu. Ja nie przez ciekawość.