Jasny, pogodny dzień na wolnym świecie stał mu się jak gdyby obrazem szczęśliwego życia. Sądzono mu spędzić jeszcze dzień — nie zaglądał dalej i nie chciał wiedzieć. Niechże będzie ten dzień wolny, bujny, nieopatrzny! Niech będzie radosny, mężny, ofiarny! Piękny i młodzieńczy, jak ten letni poranek.

Zmalały wszelkie powszedniości, kłopoty dręczące, zadawnione troski. Oddalił się, znikł, poszedł w świat, jak i jego pociąg, ów ukochany, nienawistny przyjaciel. Został na całym świecie jakby sam na sam z tym wiozącym go chłopem i przepełniła mu się dusza ogromnym, nienasyconym ukochaniem.

Lubił zawsze dzielną, tęgą postać Orawca, jego uczciwą gębę i prosto patrzące siwe oczy. Kiedy z nim był, kiedy na niego patrzał, najmocniej wierzył we wszystko, w co wierzył i co czynił. Marek tyle tysięcy razy wymawiał, słyszał i czytał słowo Lud, tak dobrze te sprawy rozumiał i wiernie je kochał, że dopiero przy tym chłopie nieuczonym poznał, co to słowo znaczy — nie w literaturze, nie w polemice, nie w programie, ale w tym strasznym życiu, nieuchwytnym i szydzącym z wysiłków człowieka. Przy nim wyczuwał dalekość i bliskość, trudność i łatwość zwycięstwa i rozumiał bez frazesu i bez doktryny, a naprawdę, że nie wykuje proletariusz swojego szczęścia młotem, jeżeli go nie wyorze pługiem ten chłop i dla siebie.

Poznawał chłopa moc i słabość, rozum i ciemnotę, przesądy i jasnowidzenia i pewnego dnia przy nim to, przy Orawcu, pokochał na zawsze duszę chłopa, jak nigdy nie mógł, mimo wysiłku, ukochać duszy robotnika. Już go to nie dziwiło, nie kłopotało. Tu, na szerokich polach wstanie z tej ziemi, jak łan żyta, nieprzeliczony zastęp mocnych żołnierzy. Tu leży w odwiecznym wypoczynku siła, bez której marnieją i spalają się na próżno burzliwe ruchy miasta.

Po to przychodzi do wiejskiego zacisza z gorącym swoim słowem i z tą bronią. Idzie za nim śladem śmierć, idzie przewrót, płacz wdowy i sieroty i te dumania przedśmiertne skazanych i te długie lata katorgi. Spieszą za nim, jak ta kurzawa za jego wozem, widma klęski i okropne ofiary wojenne.

Nie żal mu siebie, a żal mu tego człeka, co zginie, że go ta śmierć przed czasem zgniecie. Aż dziwno, że da rady tęgiemu chłopu, aż nie do wiary, żeby tak znikł ze wszystkim, stateczny zdrowiem i urodą, pracowity i pożyteczny chłop z chłopów, towarzysz Orawiec... Markowi łza zakręciła się w oku. Szeroko otworzyłby gębę Orawiec, gdyby mu towarzysz wypowiedział wszystko, co czuje w tej chwili... Nie spodobałoby mu się wiele, a nie zrozumiałby nic. Toteż Marek milczał.

— Jeden jest spokojny albo z cierpliwości, albo jako ta ciapa. A inszego, może właśnie który najlepszy, swędzi ta spluwa i rady sobie taki dać nie może. Są takie ludzie gorące. Taki nie wytrzyma zanadto długo, utai się, pójdzie gdzie chyłkiem od wszystkich albo stowarzyszy się z byle hyclem i co z tego? Ogarnie jeden, drugi monopol, ubije tam strażnika, a potem i na gościniec wyjrzy, zastąpi drogę temu chłopu czy Żydowi, jak z jarmarku wracają po nocy. Chyba już niejednego zgubiła samowola a utajenie od towarzyszy. Inszy nie wytrzyma. Albo i nasze ludzie wiejskie: wezmą przekpiwać, a wydrwiwać, a wydziwiać. — A cóż to wy siedzita jeden z drugim, a cicho, czy pod was jaja podsadziła partia? — Już nas przezywają ścierwy głupie: „bojowcy, bo się boją”. Przez to też niejeden się wyrywa...

— Tak już o was wszyscy wiedzą? To źle...

— We wsi się nie utai. W kupie naród siedzi. Znają nas swoi, jeden się domyśli, drugi podpatrzy, kto ku nam przyjedzie, inszy choćby usłyszy, jak strzelamy dla nauki... Baby nienauczone języka wstrzymać... Jak to we wsi...

— A donosu, zdrady się nie boicie?