To, co się wówczas działo w kraju, a do czego i on na swój sposób przykładał ręki, interesowało go jako niezwykłe, wstrząsające widowisko, pełne niespodzianek, zagadek, dreszczów. Zbliżył się do tych zjawisk z własnej, świadomej woli, ale i w swoich własnych celach. Był pożytecznym dla rewolucji, ale nie było w tym jego zasługi. I z tego zdawał sobie sprawę. W morzu świadomości, po którym pływał doktór, były jednak mielizny i skały podwodne.
Taka drobna rzecz, jak pocisk dynamitowy...
Sporo ich już widział doktór, jako stały przechowywacz tych rzeczy, a jednak za każdym razem działo się to samo.
Zdawałoby się, że już można się było przyzwyczaić.
Tymczasem...
Nie był to zwyczajny, ordynarny strach. Po ulicach, jak psy, węszą szpicle, chodzą patrole, ludzie u niego bywają niebezpieczni — o każdej chwili może wpaść policja... Ratusz, kolby, badania, Grün ze swoimi sposobami, X pawilon, sąd wojenny — osiem, piętnaście lat katorgi — może stryczek! Nie, było to zupełnie co innego. Wiedział, co mu grozi, i jako człowiek konsekwentny znosił pogodnie to przeświadczenie. Wiedział to naprzód, że, w razie czegoś takiego, zachowa się przyzwoicie.
Co więcej, miał już na wszelki wypadek przygotowane różne swoje kwestie, zainteresowanie i ciekawostki natury psychologicznej, które w tych nieszczęśliwych okolicznościach miały mu słodzić dolę, a zarazem rozszerzać zakres jego doświadczeń.
Nie był to również strach przed przypadkowym wybuchem, albowiem doktór wiedział, że będzie to tylko ułamek sekundy, po którym nastąpi jakieś bezbrzeżne nic. I dość mu było wiedzieć, żeby spokojnie przebywać w jednym pokoju z niebezpiecznym przedmiotem.
Cóż więc to było?
Zerwał się z kanapy i, skradając się po cichu, jak gdyby w pokoju był ktoś, kogo by nie chciał obudzić, stanął nad biurkiem. Futerał był nowy i mocno pachniał skórą. Rzemyk spuszczał się z biurka i dotykał podłogi. Ostrożnie owinął go doktór dookoła pudełka, wyrównał i stał, patrząc.