Granatowe traczostwo1

Dal, lecz każda dal, jak szafir i jak lazur. A tych bluz roboczych — granat? — więc to dalej...? — To na własną z granatu bluzę spoglądam, opinającą mi pierś. Taki zawód, by zapomnieć kim się jest — poetą... a mimo to pamiętam:

— jestem kolonią korali, co dzień się dzielę i mnożę: jesteśmy...

— że jeszcze kwiatów nie ma: ani konwalii, ani — stąd kwiecień.

— i że pochylać się warto nad czymś głębokim jedynie, a nad niskim — nad niskim?

Wiem, wiem. Pogodzony z rzeczywistością będę jak Norwid2. Za miastem tracz. A to dziwnie,

kiedy tramwaj tanio i potocznie odwozi mnie aż tam: pod samo niebo

i pochylać trzeba plecy tak już nisko.

Czy najbielsze brzozowe szczapy obłok obielił — ? Oto piłuję szum i miejsce po wildze. Jak Norwid.

Tak stalowej piły nurt ramion ruch ustalił.