— Jakież to słowa?

— Bardzo proste. Rozpowszechniałem po mieście brzydką pogłoskę. Panowie znają doskonale tę pogłoskę. Mówiłem wszystkim: żona moja Alena żyje z policmajstrem Zalichwackim. Tych słów było dość! Nikt w świecie nie śmiał uwijać się koło żony z obawy przed policmajstrem. Gdy ją kto zobaczył z daleka, uciekał, co sił, żeby Zalchiwacki czego nie pomyślał. He-he-he... Niechby tylko spróbował zaczepić tego wąsatego draba — zaraz miałby z pięć protokołów z powodu stanu sanitarnego.

— A więc żona pańska nie żyła z Zalichwackim?! — zdumieli się wszyscy.

— Nie, to był mój wybieg... He-he-he! Zręcznie was oszukałem, młodzi. Co?

Trzy minuty przeszły w milczeniu. Siedzieliśmy z zamkniętymi ustami, odczuwając wstyd i upokorzenie, że tak chytrze nas nabrał ten tłusty starzec z czerwonym nosem.

— No, da Bóg, ożeni się pan powtórnie — mruknął diakon.