— Źle, bracie, miałem gorączkę.
— Co mówicie? Gorączkę?
— Gorączkę. Cały miesiąc leżałem, myślałem, że umrę. Przyjąłem Święte Sakramenty. Teraz włosy wypadają. Doktór kazał się ostrzyc. Na nic, powiada, wyrosną mocne. Więc — pomyślałem sobie — pójdę do Makara. Zamiast do kogo innego, to lepiej do krewniaka. I lepiej zrobi, i pieniędzy nie weźmie. Trochę, prawda, daleko, ale co to znaczy? Jakby spacer.
— Ja z przyjemnością. Proszę!
Makar Kuzmicz ukłonił się nogą i wskazał na krzesło.
Jagodow siada i przygląda się w lustrze: jest zupełnie zadowolony z widoku — w lustrze widać krzywą gębę z tępym szerokim nosem i oczami na czole. Makar Kuzmicz okrywa ramiona swego klienta białym prześcieradłem.
— Ja was zupełnie, do gołej skóry — mówi.
— Naturalnie, żebym do Tatara był podobny.
— Ciotunia jak się ma?
— Dobrze, żyje sobie. Niedawno u majorowej przy porodzie była. Zapłacili rubla.