— Czy nie czas do domu? — zapytuję.

— A mnie... mnie się podoba ta jazda — mówi, rumieniąc się. — Czybyśmy się nie przejechali jeszcze raz?

Jej „podoba się” ta jazda, a gdy siada do sanek, jest blada, ledwo dyszy ze strachu, drży.

Zjeżdżamy po raz trzeci i ja widzę, jak ona patrzy mi w twarz, śledzi ruchy moich warg. Ale przykładam chustkę do ust, kaszlę i gdy dosięgamy środka góry, mówię:

— Kocham cię, Nadziu!

I zagadka zostaje zagadką. Nadzia milczy, myśli o czymś...

Odprowadzam ją do domu; stara się iść nieprędko, zwalnia kroku i wciąż oczekuje, czy nie wypowiem tych słów.

I widzę, jak cierpi jej dusza, jak czyni nad sobą wysiłek, by nie powiedzieć:

— Niemożliwe, żeby to mówił wiatr! Ja nie chcę, żeby to mówił wiatr!

Na drugi dzień rano otrzymuję liścik: „Jeżeli pan pójdzie dziś na saneczki, to niech pan po mnie wstąpi. N.”