Ruch na gościńcu był znaczny; samochody podobne do naszego były liczne: niektóre bardzo obszerne. W jednym widziałem blisko czterdziestu chłopców ze starszym, zapewne nauczycielem. Na widok mój zaczęli wołać:
— Inkleza, inkleza!
Moja bogini rzekła mi poufnie:
— Musimy cię przebrać po tutejszemu, bo cię będą prześladować dzieci, które u nas mają wielką swobodę.
— Ale — rzekłem — dzieci nie są do was podobne: raczej do nas.
— Bo muszą one przejść przez stan czysto ludzki, zanim się podniosą i wyzwolą z więzów materii.
— Nie bardzo to rozumiem.
— W tych dniach właśnie odbędzie się święto wyzwolenia: mój brat cię zaprowadzi.
W tej chwili z wyżyny powietrznej spłynął ku nam Solar i zatrzymawszy się koło wozu, zawołał:
— Damajanti!