Taką jest historia naszej Suriawastu.
*
Łatwo zrozumiecie, z jakim wzruszeniem słuchałem opowieści czcigodnego Wiśwamitry. Przede wszystkim uderzyła mnie analogia między moją teorią dematerializacji mediów a procedurą używaną w Suriawastu stale i powszechnie. Byłem też niesłychanie ciekawy tego widowiska, jakim musiało być owo odcieleśnienie ludzi, wydobycie ich pierwiastka astralnego oraz ich nirwidyzacja lub, jak tu mówiono — wulkanizacja. Starzec obiecał mi, że zaprowadzi mię na taką uroczystość, która ma się odbyć natychmiast po wojnie, gdyż właśnie cała partia młodzieży płci obojga — doszła do odpowiedniego wieku.
A więc Miranda mogła być dla mnie źródłem stworzenia wyższej istoty nadludzkiej, ale, niestety, brakło mi Nirwidium.
Co za nieszczęście dla świata — owa śmierć naszego Paracelsa Nirwida! Wiadomość o Nirwidium była drugim powodem mego wzruszenia, ale o tym będę mówił później.
VI
Tegoż dnia po południu odbyć się miał obrzęd ślubny Wiśwamitry i Kesini. Udaliśmy się na plac główny miasta, którego gmachy zwiedziłem stopniowo.
Był jeden centralny, jak mówiłem, świątynia Słońca — i dokoła niego trzy gmachy: Miłości, Mądrości i Potęgi.
Każdy z tych gmachów był świątynią, a zarazem stanowił, jakbyśmy w Europie powiedzieli, ministerium.
Ponieważ tutaj życie, metafizyka i boskość — zawsze się łączą ze sobą w jedno — zatem każdy niemal przedstawiciel magistratury jest jednocześnie kapłanem.