Znajdowałem się w obszernej, słabo oświetlonej sali. Zupełnie obnażony, leżałem na podłużnym, dosyć wąskim stole. Stołów podobnych było kilkanaście, a na każdym podobnież obnażony człowiek. Po sali krążyli młodzi ludzie i szeptali coś po łacinie: sartorius, gluteus, bulbacavernosus, cricothyrioїdius, stylo-pharyngius, duodenum, jejunoileum.
Byli to studenci medycyny, a sala ta — to oczywiście prosektorium. Jeden mówił, pokazując na mnie:
— Najpierw pokrajemy tego! Egzemplarz niezły.
Leżałem w milczeniu, ale skoro tylko studenci wyszli, podniosłem głowę i zacząłem rozglądać się dokoła. Naraz usłyszałem głos, który mnie przeniósł w lata młodzieńcze.
— Ale ten, co mnie będzie krajał — to bardzo przystojny chłopiec!
— Marylka! — zawołałem w stronę, skąd głos dochodził — a ty co tu robisz?
— To samo, co i ty! Będą się na mnie uczyć anatomii.
— A zawsze jesteś kokietka i lekkomyślna! Już ci się ten studencik spodobał.
Marylka była to moja pierwsza miłość; kochałem się w niej, będąc jeszcze w gimnazjum; ona też była pensjonarką, ale że to była zawsze dziewucha trochę szelma, więc nagryzłem się niemało z jej powodu. I teraz już się spodobał jej ten student.
— Nic się nie zmieniłaś — powiedziałem jej na pół z wyrzutem.