— Patrz-no, ktoś tam jest u mnie.
Rzeczywiście, jakiś pan czarno ubrany — krążył po jego gabinecie.
— Kto to być może? Trzeba się dowiedzieć.
W kilka chwil potem byliśmy przed bramą domu Trzona. Koło furty stał stróż i ćmił fajkę.
— Wincenty, powiedźcie, kto to zachodził do mnie?
— A no, prócz pana dobrodzieja, nie widziałem nikogo.
— Co też wy mówicie? — niespokojnie odparł Fulgenty i szybko pobiegł na schody. Ja za nim.
Otworzyła nam posługaczka Janowa.
— Kto tu przychodził? — zapytał ją nieco zdławionym głosem.
— Dyć137 pan sam przychodził. Nikogo tu nie było.