— To co? Foitsbergu tak nie ominiemy — mruknął majster Pieter i westchnął ciężko.
— Nie trapcie się, panie, po próżnicy — rzekł Lebrecht, najstarszy z parobczaków. — Toć ów kumoter wasz, coście go w Bingen spotkali, musiał wiedzieć, co gada, kiedy nas tak zapewniał, że rycerz Heribert wyjechał wczoraj do lasów rüdesheimskich na trzydniowe łowy.
— Bógby dał, żeby to prawda była... ja ludzkiemu gadaniu nie wierzę.
— Chyba nie siedzi cięgiem w norze jak puhacz w dziupli — ze śmiechem rzucił Jakób, a Hans dodał:
— Juści, piesby tego nie wytrzymał, a nie dopiero człowiek.
— Wy mi tu gadacie nicpotem, a ów przeklętnik ze swymi druhami już tam na nas może czyha u zakrętu — furknął pan Pieter i obejrzał się.
— Cobyście się wasza miłość lękali... odkąd ino mury Foitsbergu1 zamajaczyły w dalekości, nie spuszczam oka z baszt, a zwłaszcza z onej Córuchny zatraconej; spokojno tam, nijakiego ruchu, widno wyjechali naprawdę.
— Powiadajcież jasno, na wyrozumienie — wtrącił się do rozmowy jeden z łuczników — słowa słyszę, a nijak się wyznać nie zdolę, co chcecie rzec.
— Jakoż to ma być? — drwiąco zawołał Hans — czupryna szpakowata, a ludzkiego gadania nie rozumiecie?
— Phi... toli słyszę, chodzi wam o jakiegoś rycerza, o jakiś zamek, o córuchnę...