— A sądy cesarskie?
— A topór katowski?
— Djabeł z Foitsbergu drwi ze sądów. Jużci go skazano zaocznie na gardło, mało dziesięć razy; a on gada: „To mię bierzcie!” Któż się ważyć będzie podstąpić pod gródek tak srodze obronny?
— Głodem go wziąć.
— I tego próbowano, ale napróżno. Maja ci podziemne korytarze na wsze strony świata i ze wszech stron żywność prowadzą. Ponoś zapasów na lata starczy.
— Złapać w szczerem polu, albo w lesie.
— Byli i tacy. Obławę nań czynili, jako nie przymierzając na odyńca. Zawżdy umknął niesamowitym sposobem, jakby w ziemię zapadł. Czeluści jakoweś ma, jemu samemu wiadome. Onego zasię, który nań zasadzki czynił, albo z żołnierstwem go poszukiwał, najdowano do trzech dni obwieszonym na wierzbie u rozstaja, albo we własnym domu z rozpłataną napoły głową.
— Tedy sędziowie Bogu pomstę ostawili, a rycerz Heri...
Wrzask nieludzki zagłuszył ostatnie słowa... Ze stromych schodów, wykutych w skale, a skrytych za wystającą basztą Córuchną, zbiegło dwudziestu pachołów rycerza z Foitsbergu, z dobytemi krótkiemi mieczami w rękach. Ustawili się w porządku, po czterech i czekali rozkazów.
Kilka kroków zaledwie dzieliło ich od łuczników majstra Pietra. O naciąganiu kusz mowy już być nie mogło, więc i najemni Szwajcarowie i parobcy porwali za topory.