— A ino. U króla miłościwego byłem na radzie. Ojciec nie nadszedł jeszcze?

— Od rana go w domu nie ma.

— Nie dziwota, wszystko na jego głowie. Bóg daj, żeby tej ciężkiej pracy zdrowiem nie przypłacił. Takiego święta jeszcze Kraków nie obchodził i Polska nie widziała.

— Powiadajcież, zmiłujcie się, co i jak, bom strasznie wieści pragnąca, a od pana ojca niczego, jednego słówka się nie dopytać.

— Gadałby? Kiedy jeść ani spać nie ma kiedy. Powtarzam wam, bratowo, że mnie strach zbiera, czy w swoich późnych leciech2 przetrzyma zdrowo te trudy i krzątaniny. Ale król miłościwy nikomu nie ufa, ino Mikołajowi Wierzynkowi3. Ciężka praca, ale i chluba niemała... Aa, tak... to lubię! Ewa niesie przysmaki, Hanka stół pięknie zaścieła, gąsiorek zacną pajęczyną osnuty... Przy miodzie będzie się nam gładko gawędziło.

— Ale i kołacza musicie pokosztować.

— A to z jakiej przyczyny?

— Bo go Anna piekła... Ach, nijak przywyknąć nie mogę, że ona już w klasztorze... Chciałam rzec — siostra Anna. Dziś rano przysłały zakonnice. Ma być przednie pieczywo, z najświatlejszej mąki, i smaki w nim zamorskie. Brat Laetus, augustianin, co ze świtą przewielebnego nuncjusza do Krakowa przyjechał, przywiózł w podarku pannie ksieni pełną skrzynkę włoskich owoców, w miodzie wysmażonych, a drugą znów korzeni najwonniejszych, jakimi się ciasto zaprawia dla polepszenia smaku.

— Oho, kiedy tak, to mi dajcie tego specjału na jeden kęs.

— Ja sama ciekawa tych włoskich dziwów. Nie chciałam kołacza napoczynać przez potrzeby, ale dla miłego brata a gościa najzacniejszego co jest w domu najlepsze, to jeszcze za mało. Jakoż smakuje?