— Raczcie ją, wasza przewielebność, bliżej przysunąć i wnętrze jej zbadać — prosił ksiądz Daniel z tajemniczym uśmiechem. — Górna część da się podnieść.
Uczynił to nuncjusz i cóż zobaczył? Oto malutki czerwony kapelusz opasany takimże jedwabnym sznurkiem w misterne węzły powiązanym. Była to uprzejma przepowiednia kardynalskiej godności, wielce przez pomyślnie przeprowadzone poselstwo zasłużonej.
Niebiesko ubrany pazik Elżbiety postawił przed swoją panią półmisek, jedwabną zasłoną przykryty. Pod zasłoną leżał foremnie urobiony czepiec mężatki, pomalowany w różnokolorowe arabeski z zapiekanej piany z białek, haftowany migdałami i rodzynkami, wysadzany kółkami z żółtej marchwi.
— Spróbuj, czy ci w nim będzie nadobnie — rzekł małżonek.
— Za mały, ale spróbuję.
Podniosła czepiec, aż tu z głośnym trzepotaniem skrzydeł zerwał się z misy biały gołąbek i wyfrunął przez otwarte okno wprost na dach kościoła Panny Marii.
Głośnym śmiechem przyjęto nowy ten pomysł pasztetnika, a książę Bogusław rzekł:
— Już tobie, moja córuchno, zakazane pustoty. Gołąbek cię odleciał, a czepiec pozostał.
— Nie liczcie zbytnio, panie ojcze, na moją stateczność, bo byście doznali zawodu. — To mówiąc dobyła z głębi czepca malutkiego wróbelka. — Ot, jeszcze coś niecoś zostało...
— Wróbelek, ale spętany! — zauważył król Kazimierz.