— Sprawiedliwie gadacie, Bóg wam zapłać. Jednakowo, kiej pomyślę, że za osiem lat chowania pociechy nijakiej ani wysługi z dziecka nie mam... Ot, pójdę do domu... albo lepiej na łąkę, kto go ta wie, co znowu zrobił. Niech będzie pochwalony; a zajrzyjcie ta kiedy do nas.
— Na wieki wieków. Przyjdziemy oba, a jakże.
Podczas gdy ojciec skarżył się na niedolę, że z ośmioletniego chłopaka nie ma pomocy, stary ów zbrodniarz, z sercem pełnym skruchy, prowadził tatusiowe krówki na pastwisko. Widno, szczerze postanowił się poprawić, bo w ręku tylko pręt trzymał do poganiania upartej Wiśniochy, a biedny ukochany kozik wsunął w zanadrze80. Gdy go używać zabroniono, a patrzeć nań pokusą jest do złego, błogo przynajmniej mieć go tuż przy sobie.
— Wawrzek... cóżeś taki nadęty jak sowa? Boli cię na wnątrzu81 cy może tatuś kijasem ołatali?
Płowa głowina wysunęła się przez dziurę w płocie, za nią zgrzebna koszulka przepasana krajką, dwie brudne opalone rączki i takież nogi do krwi skąsane od komarów; krótko mówiąc, jedyny serdeczny przyjaciel Wawrzusia — Mikołajów Jasiek.
— Mas82 se wiedzieć, śleporodzie brzyćki83, ze na mnie kija nie potrza. Raz w kielo84 cas85 tatuś mnie zerżną rzemykiem i dość. Dziś mi się należało bicie w porządku, ino... nie było cym. Matusia myślą, ze ja nie wiem, co oni rzemyk za piec wrazili86, chi, chi, chi! Chodź ze mną na paświsko87, będziemy się tulać z górki. No, prędzej!
— Nie mogę. Pośli88 na kiermas89, kazali siedzieć w chałupie, Hanki pilnować, coby nie wyleciała z kołyski.
— Aha, az tutaj słychać, jak krzycy! Dadzą ci matusia piastowanie, jak wrócą...
— O rany!...
Skręcił się Jasiek w śrubę, przecisnął przez kolące chrusty, już tylko nogi widać... już tylko jedna pięta... już nie ma nic.