— A dalej? — pytał Stwosz.
— Ta, coże długo rozpowiadać? Ołtarz fundujem do prywatnej kaplicy najmiłościwszego królewicza, a wy go, ma się rozumieć, wykonacie.
Mistrz Wit zerwał się z ławy i chwycił się oburącz za głowę.
— Człowiecze... zdrajco... wolej439 mi kamień młyński u szyi uwiążcie i na dno morza wrzućcie! Czyż nie wiecie, jaką robotę nad siły niemal podjąłem i ta mi pierwsza nad wszystko! Hańbą się okryję, gdy na czas ołtarza mariackiego nie wykończę. Krótkie lata ptakiem zlecą, a ledwie trzecia część gotowa.
Mówiąc te słowa, biegał po pracowni i targał się za brodę. A pan Andrzej podchwycił tylko jedno zdanie i powtórzył je.
— Nad wszystko wam pierwsza ta robota? Nawet nad życie królewicza Kazimierza? Niech mnie kołem łamią, jeżeliście nie zełgali, mistrzu Wicie!
Stwosz stanął, przeciągnął ręką po twarzy i spytał ze złością:
— Cóż ma być w onym ołtarzu? A raczej, jakiż mieć chcecie?
— Nu, ta czego się tu było siepać440? Wiedziałem, że mi nie odmówicie. Ma być szafka; nieduża, nieduża. Czego skaczecie nade mną jak ten kat? Szafka, powiadam, pół wielkości człowieka; w pośrodku Matka Boża z Dzieciątkiem.
— Stać ma czy siedzieć?