— Ale! Nie widzicie to, że koronę ma złotą na hełmie i zbroicę takoż wyzłacaną? Król jest, ino czarny.
— Prawda, prawda, nawet w pieśni stoi, że „Kasper z gorącego jechał kraju”.
— Ano, widzicie — wmieszał się do rozmowy poważny jakiś człek, w sutej kierei445, lisami podbitej. — Zbawiciel najmiłosierniejszy dopuszcza do siebie wszelakie stany i ludy, przygarnia nędzarza i koronata, — nie czarną skórą się brzydzi, ino czarną duszą.
— Słusznie mówicie, panie Marcinie; wasze słowa niczym kazanie ojca Bonifacego.
— Matusiu... a tenże śmieszny pachołek, cudacznie przybrany, to kto?
— Ten w czapie z dzwonkami? Toli błazen; przywlókł się i on w orszaku któregoś z monarchów.
— Także robota! — bąknął Wawrzuś półgłosem — co tu ma błazen przed oblicznością Pańską?
— Ot, głupie gadanie głupca znamionuje — skarcił go pan Marcin — widzisz przecie, co tu za tłum dworzan, jakie konie, giermkowie... nawet tam dalej wóz wyładowany stoi. Z daleka idą, to se też pobrali wszystko, co chcieli, ku potrzebie; tedy błazny dla zabawki być muszą. Sprawny i roztropny był, co te śliczne osoby i królewskie orszaki rzezał, o niczym nie zabaczył.
— Ee... — ruszając ramionami, drwił Wawrzuś — co mi to za cuda! Ino bym palcem ruszył, jak raz takie same potrafię, jeszcze i piękniejsze.
— Dziękuj Bogu, że święte miejsce; gdyby nie kościół, sprałbym cię za takie zarozumialstwo, ażbyś rok popamiętał.