— Przystawić czym ciężkim — odparł Wawrzuś.
— Ha... łotry... hultaje... złodzieje! Toście sobie zadrwili ze mnie! — ryczał pod ziemią zbój. — Nie radujcie się jeszcze przed czasem... choćbyście zdolili uciec, zanim drzwi wyważę, nie skryjecie się przede mną. Mam w Krakowie dwudziestu na usługi; na jutrzejszą noc dostawią mi was obu.
— Jasiek... przepadliśmy! Wywali drzwi, jak Bóg na niebie.
Istotnie, pchane mocarnymi plecami Rafała dębowe deski zaczęły się jakby wzdymać, zardzewiała zawiasa chrzęściła.
— Beczka! — zawołał Jasiek.
— Ale czy ciężka?
— Nie ruszałem jej nigdy, stoi w tym miejscu, odkąd tu jestem.
— Ani mi się ważcie tykać beczki! — wyło spod ziemi.
— Nie mogę ruszyć.
— Dawaj zaraz!