Znaleziono za ołtarzem trzewik, żółtą ciżemkę... Skąd się tam wzięła? Do kogo mogła należeć? Czy był rzemieślnikiem człowiek, co używał safianowego obuwia? Czy umyślnie rzucił trzewik za ołtarz? Ale dlaczego? Czy dorosły mężczyzna mógł mieć taką małą stopę? A może to był chłopiec? Może to było dziecko?
Odkąd przeczytałam zagadkowy ustęp sprawozdania i oglądałam żółtą ciżemkę, niepokoiły mię4 te myśli, szukałam na nie odpowiedzi...
W domu i w puszczy
„Już nigdy nie będę!” — Co przeżył i kogo znał organista Walanty. — Dokąd można zajechać na drewnianej jaszczurce. — Zabłąkany w puszczy. — Pieśń wieczorna wilka.
— O mój tatusiu, mój złocisty... nie bijcie! Jeszce mi ten ostatni raz darujcie! Juz5 nigdy, a nigdy, a nigdy nie będę!
— Co dzień obiecujesz, co dzień bicie bierzesz, końca temu nie ma! — krzyknął z gniewem ojciec, trzymając chłopca za kołnierz u koszuli, a oglądając się za rzemykiem.
— Ady6 mu przecie wybacz, kiej7 tak święcie przyrzeka — wstawiła się matka, odsuwając garnek z jagłami8 od ognia. — Takiś zawzięty na ono9 dziecko, a Bogiem i prawdą nie ma o co. Mały jest, to się i bawi; cóż ci wadzi, że se ta kozikiem w deszczułeczce dłubie? Sprzykrzy mu się, rzuci, ano za tydzień będzie nowa zabawka.
— A ile razy do kości palce pozacinał i nie rzucił noża? Skórę prać rzetelnie, to może usłucha. Gdzie postronek10?
— Puść go! Mówię ci po dobroci; obiadować11 pora. Wawrzuś, przysuń tatusiowi ławę.
— Zawdy12 musi być babskie na wierzchu — mruknął Wojciech.