— Jakaż na to rada? Rusztowanie usunięte...

— Powiedziałem, w ziemię się zapaść.

— Ej, rzekłbym ja słowo, ino się nie pogniewajcie...

— Gadaj — rzekł Stwosz krótko, spokojniejszym trochę głosem.

— Wierzajcie mi, ojcze, to taka drobnostka, żaden człowiek nie zauważy, czy jest pastorał, czy go nie masz.

— Dość mi na tym, że ja sam wiedział będę, a całe święto dzisiejsze mam popsowane610. Drabiny nie przystawię.

— A czemu nie! — wykrzyknął nagle Wawrzuś. — Jest w zakrystii drabina, sami ją zeprzyjcie ostrożnie o listwę szafy.

— No, a potem co? Szczepana tam poślę, coby nożyskami ornamenta misterne poutrącał; czy może Stanko wylezie? Chłop jak tur...

— A mnie to nie macie? Ja mały, lekuśki, jak ten kot się wywspinam, coby najmniejszego listeczka nie uszkodzić, pozłoty nie zetrzeć; a gdy będę już na gzymsie, chycę611 się płaszcza świętego Stanisława i stanę se jedną nogą tuż przy nim. Stanko mi poda pastorał, wsunę go księdzu biskupowi w rękę... i po krzyku.

— Tak wysoko na jednej nodze? Spadniesz i szyję złomiesz.