— Aha, i co baty brać będzie — rozśmiał się Froncek.
— Bez bata nic — rzekł ojciec sentencjonalnie — i tyś brał bicie do krwi nieraz.
— Oj, brałem, brałem!
— No i co? Kości masz całe, wyrosłeś jak chabina, sztuki pięknie pokazujesz, krzywda ci?
— Żadna dziewucha wiły za męża nie zechce.
— Głupiś... a matka mnie zechciała? Zresztą, co tu gadać, poźryj187 ino, czy aby jedna przejdzie, co by się nie ośmiała188 do ciebie. Każde rzemiosło dobre, byle chleb dało. Tedy wyjedziemy stąd dziś na noc, jutro popas w Księżej Wólce, a pojutrze przedstawienie w Miechowie, bo tam właśnie przypada kiermasz. Trzeba chłopca przez jutro poduczyć, coby choć na rękach pobiegał. Dasz rady?
— Jak będzie chętny, czemu nie; chodzić na rękach cale nie sztuka.
— Pogadaj z nim mądre słowo; postrasz go mną, to usłucha.
Jak stary Grzegorz zarządził, tak uczyniono: przed samą nocą wyjechali z miasteczka, matka z trojgiem młodych w budzie, ojciec na koźle, biała koza na postronku za wozem. Wczesnym rankiem dotarli do ślicznej polanki w lesie; Grzegorz wyprzągł konie, rozpalono ognisko, Margosia przyniosła wody z rzeczki, matka gotowała śniadanie, a Froncek zakrzątnął się około Wawrzusia i pierwszej lekcji gimnastyki. Malec wręcz odpowiedział, że nie będzie chodził na rękach, boby się ludzie w Porębie z niego wyśmiali, gdyby odmiennie chodził niż inni.
— Ja ci też nie kazuję od rana do nocy do góry nogami uganiać, ino cię muszę nauczyć; tatuś tak przykazali.