„Ach, zeby juz nocy docekać jak najrychlej! Toby ja onemu248 gdzie bądź umknął; miasto wielkie, moze by mnie przecie jutro nie znalazł. Jezu... ktoś idzie!”

Wskoczył do jakiejś sieni i przytulił się do ściany za drzwiami. Ludzie przeszli, rozmawiając głośno i śmiejąc się. Zanim się odważył ruszyć z bezpiecznego kącika, znowu rozległy się kroki. Przeczekał i tych. Tymczasem ściemniło się zupełnie. Wyjrzał ostrożnie.

„Kaz ja się teraz podzieję, nieboracek?”

Uszedł ze sto kroków, zawrócił bezmyślnie w jakiś zaułek, znowu głosy ludzkie... A tu w pobliżu nigdzie domu nie ma, tylko mury jakichś ogrodów po jednej i po drugiej stronie drogi...

„Aha!”

W zagłębieniu muru, na kamiennej podstawie drewniana figura św. Wojciecha. Jednym skokiem stanął na postumencie i wsunął się poza świętego; nikt nie zgadnie, że za martwym, nieudolnie wyrzeźbionym posągiem bije żywe, biedne, struchlałe serduszko.

Kroki zbliżają się coraz bardziej; dwaj ludzie rozmawiają żywo; co ujdą parę kroków, to przystają. Znowu idą... zatrzymali się tuż przy figurze.

— Mądrzyście, ani gadania — ze złością się ktoś odzywa — ciekawość, co miałem robić?

— Złapać, gębę ręką zatkać, cwałem do Rudawy i amen — odpowiada ktoś drugi.

— Juści249; a rynek aż się roi od ceklarzy250! Ino by szczeniak zaskowyczał, już po mnie. Czemużeście go sami nie chytali251, kiedy to tak łatwo?