— To my, czeladź od majstrów Glasera i Langmana. Raczcie nas wpuścić do miasta.

Żołdak mruknął niechętnie łamanym czeskim językiem:

— Wracajcie skądeście przyszli. Ani bram, ani furtek nie otwiera się o tej porze.

— Chciejcie wasza miłość uczynić nam tę wygodę — prosił grzecznie Jacek — zapóźniliśmy się nieco, pilno nam.

— Idźcie precz! — podnosząc glos odparł strażnik. — Nie wpuszczę i amen.

— Nie wpuścicie? Ino rygiel odsunąć... co wam szkodzi?

— Ruszaj mi stąd polski psie, bo cię inaczej poczęstuję!

Na te słowa Kuba dotąd schowany za przyjacielem, wyskoczył naprzód, krzycząc:

— A ty sobie co myślisz, przybłędo z końca świata? Kogo to psem przezywasz? Krakowskie dziecko? Polskiego chłopa, co tu na swoich śmieciach siedzi? Co jego dziady i pradziady w tej świętej ziemi leżą? Psem będziesz przezywał zbóju bezwstydny? Tyś sam pies... bezdomny pies... W cudze legowisko się wdarłeś i jeszcze warczysz? Otwieraj furtkę!

Jacek, mniej skory do burdy, usunął się na bok i poglądał ku klasztorowi Franciszkanów, którego mury łączyły się przy baszcie z murem miejskim, a niższe były i gdzieniegdzie nadwyrężone.