— Dużo; dwanaście.

— Ani dziesięciu bym ci nie dał. Dobrze to, że się umiesz drapać po skałach; ale nie ino strome urwiska są człeku groźne. Ja słyszałem, że w tych wąwozach zbóje siedzą. — Mówiąc to, nieznajomy rozejrzał się, czy nikogo nie ma w pobliżu.

Walek popatrzał nań spod oka.

— O Matko święta... znowu mi się coś przywiduje!... — przemknęło mu przez głowę. — Niesamowity jakiś człowiek... wyskoczył jak spod ziemi, i mowę ma dziwną, niby po naszemu gada, a przecie inaczej. Przepowiadał mi Jasiek przygodę.... jest przygoda!

Podsunął się ku podróżnemu i nieznacznie pomacał jego odzienie. — Żywy... prawdziwy... stoi przede mną...

— Mówiono mi w okolicy — prawił dalej nieznajomy — że w Ojcowie na pewne... zbójcy się kryją.

— To chyba od dzisiejszego ranka! — przerwał mu Walek, śmiejąc się drwiąco. — Wczoraj ich jeszcze nie było; a czego by tu szukali? Dy we wsi sami biedni ludzie mieszkają. Co ta ostało po Tatarach, to czeskiego starosty sługi zabierają. Toć krwawymi łzami ludzie płaczą na one czeskie łupiestwa.

W oczach nieznajomego błysnęła jakaś złowroga iskra; ale natychmiast się uśmiechnął i rzekł:

— Takiś mały, a gadasz jak stary. Skądże wiesz to wszystko? Tatuś tak powiedzieli? Hm hm... — odchrząknął nieznajomy. — A jak ci na imię parobeczku?

— Walek.