Walusia ani widać nie było; przemykał się równoległą ścieżką pod wierzbami. Ojciec przebrodził rzekę i skierował się między skały, syn przebiegł po kamykach na drugi brzeg, i gdzieś się nagle podział.

Przysiadł skurczony za kupą głazów i upatrywał z bijącem sercem. Zapomniał na chwilę, kogo śledzi i o co posądza, czaił się, czekał, jak myśliwy na zwierzynę.

— Aha... prosto do Komnaty idą. Może zdolę uwidzieć onego przeklętnika.

Zezuł postoły30, schował je pod krzakiem i bez szmeru, bez szelestu, skradał się bosymi nóżkami do rozpadliny wąskiej a długiej, gęsto malinami zarosłej. Pod osłoną splątanych pędów szedł zgięty we dwoje, czasem pełzał na czworaku, a ostre kolce drapały go po szyi, po rękach, po nogach.

Ojciec wsunął się w szczelinę skalną, syn wśliznął się za nim. Łatwo przyszło Walkowi skryć się, gdyż korytarz, w którym się obaj znajdowali, ciemny był zupełnie, a tak bardzo ciasny, że dorosły człowiek ostrożnie musiał stąpać i uważać, by nie uderzyć głową o sterczące z obu stron głazy. Nie mógł się Dąbek odwracać, toteż Waluś prawie tuż za nim stąpał. Uszli z pięćdziesiąt kroków, korytarz rozgałęział się na dwie strony. Dąbek poszedł na lewo.

— Znają tatuś dobrze drogę — pomyślał chłopiec i skręcił także w lewo.

Teraz już zwolnił kroku, bo ścieżka stawała się coraz szersza i widniejsza; weszli do obszernej groty, mrocznej wprawdzie, ale przez szczelinę z boku nieco rozjaśnionej. Od sklepienia zwieszały się stalaktyty, czyli skamieniałe sople wapienne. Jaskinia była pusta. Dąbek szedł dalej.

— O Matko... — szepnęło dziecko — nie ma tu nikogo... więc gdzie?

Poszli przez drugi jakiś krużganek, o wiele krótszy od pierwszego; ojciec bez wahania spieszył do wielkiego otworu w skale, przez który widać było przeciwległe urwisko i kawałek błękitnego nieba.

— Toć przepaść niezmierna... skała gładka jak ściana; może tatuś nie wiedzą, wychylą się i spadną... Jezus! zatrzymam ich!