— O, chrobaczek malućki, na takim zimnie...
Wyskoczył z domu i pobiegł prosto ku Zbroinie.
— Wójtowa...
— O, rety boskie! Cóż się tam nowego wali na mnie sierotę! Ady mi już oczy omal nie wypłyną z onego płakania.
— Nic złego, moiściewy, ino z dobrym sercem przychodzę ku wam. Bardzo was pięknie prosimy oboje z Margosią, cobyście to niebożątko chore do ciepłej izby wnieśli. Nie sposób siedzieć na takim mokrze. Jeszcze uskwirknie75 kruszyna, a i to drugie gotowe zachorzeć.
— Ja do was? Anibym śmiała wejść do waszej chałupy. Tylem razy...
— Dajcie spokój z wypominkami. Nie wiemy o niczym, urazy nijakiej nie chowamy. Pójdźcie co prędzej, ułożymy Jagnesię w łóżku, moja zna wszelakie ziółka na dziecinne chorości, zobaczycie, że wam dziewuszka do jutra pozdrowieje. Marysia też rada napije się mleczka, prawda?
— Bóg zapłać, Bóg zapłać po stokrotne razy... A cóżeście za ludzie, złego nie pamiętający! Ino boję się, co mój na to?
— A gdzie on?
— Nie wiem. Uciekłam z domu. Ino te zbiry swoją zbójecką robotę poczęły, nie widziałam Pawła wcale i do tej pory go nie było. Pewnikiem płacze gdzie w kącie.