— Spróbuję. Co to takiego?

— Około siódmej ja i mój przyjaciel przybędziemy do Copper Beeches. Państwo Rucastle będą już zapewne o tej porze nieobecni, a Toller, mam nadzieję, jeszcze nie wytrzeźwieje. Pozostaje tylko pani Toller, jako jedyna osoba, która mogłaby wszcząć jakiś alarm. Gdyby pani mogła posłać ją z jakimś zleceniem do piwnicy i zamknąć za nią drzwi, to niezwykle ułatwiłoby nam działania.

— Tak zrobię.

— Znakomicie. Wtedy dokładniej przyjrzymy się tej sprawie. Rzecz jasna, jest tylko jedno możliwe wyjaśnienie. Ściągnięto panią po to, żeby udawała pani jakąś inną osobę, a ta osoba jest więziona w tamtym pokoju. To oczywiste. Więźniem jest bez wątpienia córka, panna Alice Rucastle, która, jeśli sobie dobrze przypominam, bawi rzekomo w Ameryce. W każdym razie wybór padł na panią, ponieważ ma pani taki sam wzrost, figurę i kolor włosów. Obcięto jej włosy, prawdopodobnie z powodu jakiejś choroby, przez którą przeszła, i dlatego pani także musiała poświęcić swoje. Wskutek dziwnego przypadku natrafiła pani na jej warkocz. Mężczyzna na gościńcu był niewątpliwie jej znajomym, może nawet jej narzeczonym, że zaś miała pani na sobie suknię panny Alice i jest pani do niej tak podobna, to z pani wesołego śmiechu za każdym razem, kiedy panią widział, a potem z gestu ręką musiał wywnioskować, że panna Rucastle jest szczęśliwa i że nie życzy już sobie jego względów. Pies spuszczany jest na noc, żeby jej wielbiciel nie usiłował się z nią skontaktować. Dotąd wszystko jasne. Ale najpoważniejsza rzecz w tym wszystkim to charakter dziecka.

— Ale jaki to ma związek z całą sprawą? — zapytałem.

— Drogi Watsonie, przecież ty jako medyk nieustannie dowiadujesz się czegoś o skłonnościach dzieci, badając rodziców. Czyż więc nie jest usprawiedliwione postępowanie odwrotne? Często zyskiwałem faktyczny wgląd w charakter rodziców, dopiero studiując ich dzieci. Ten chłopiec ma nienormalny popęd do okrucieństwa i bez względu na to, czy pochodzi to od zawsze uśmiechniętego ojca, jak to przypuszczam, czy od matki, w każdym razie nie oznacza nic dobrego dla biednej dziewczyny, która znajduje się w ich mocy.

— Ma pan z pewnością rację, panie Holmes! — zawołała panna Hunter. — Teraz dopiero przypominam sobie tysiączne szczegóły, które wskazują na to, że znalazł pan właściwe rozwiązanie tej zagadki. Nie zwlekajmy dłużej ani chwili, spieszmy z pomocą biednej istocie.

— Musimy zachować ostrożność, bo mamy do czynienia z człowiekiem bardzo przebiegłym — odparł Holmes. — Do siódmej nie możemy nic zrobić. O siódmej zjawimy się u pani i wkrótce rozwiążemy zagadkę.

*

Punktualnie o siódmej byliśmy na miejscu, nakazawszy dorożkarzowi czekać w gospodzie przy gościńcu. Grupa drzew o ciemnych liściach, które w świetle zachodzącego słońca lśniły migotliwym, metalicznym blaskiem, wystarczyła, żeby rozpoznać dom, nawet gdyby uśmiechnięta panna Hunter nie oczekiwała nas w progu.