— Tak, proszę pana.
— Jako guwernantka?
— Tak, proszę pana.
— A z jaką pensją?
— W moim ostatnim miejscu, u pułkownika Munro, miałam cztery funty miesięcznie.
— O, ho, ho! Doprawdy psia zapłata! — zawołał, wywijając tłustymi rękami w powietrzu, jak w najwyższym podnieceniu. — Jak można w ogóle damie o tak wybitnych zaletach i zdolnościach zaoferować tak nędzną sumę?
— Moje zdolności nie są jednak może tak znaczne, jak pan sądzi, proszę pana — zauważyłam. — Trochę francuskiego, trochę niemieckiego, muzyki i rysunków.
— Tra-la-la! — zawołał. — Zupełnie nie o to tutaj chodzi. Chodzi tylko o to, czy ma pani wygląd i zachowanie damy. Jeżeli nie, to nie nadaje się pani do wychowywania dziecka, któremu może kiedyś przypadnie ważna rola w historii kraju. Jeśli zaś pani ma te cechy, to jakżeby mógł przyzwoity człowiek oczekiwać od pani, żeby się pani zadowoliła kwotą mniejszą niż trzycyfrowa? U mnie płaca pani zacznie się od stu funtów rocznie.
Może pan sobie wyobrazić, panie Holmes, że w moim przykrym położeniu ta oferta wydawała mi się tak piękna, że ledwie wierzyłam własnym uszom. Ten pan jednak, widząc być może niedowierzający wyraz mojej twarzy, otworzył portfel i wyjął banknot.
— Mam nadto w zwyczaju — ciągnął dalej, uśmiechając się tak uprzejmie i szeroko, że aż jego oczy przeświecały tylko jako dwie błyszczące szparki pomiędzy otaczającymi je fałdami — że moim młodym damom wypłacam zawsze z góry połowę ich płacy, aby mogły pokryć drobne wydatki na podróż i garderobę.